Medycyna magiczna

Każdy, kto ma na to ochotę, może pójść do znachora.

Celem tych stron nie jest w żadnym przypadku podważanie prawa kogokolwiek do decydowania o swym własnym zdrowiu. Ale prawo to, które można przyrównać do podstawowych wolności obywatelskich, jest pełne jedynie wówczas, gdy ktoś, kto idzie do znachora, bioenergoterapeuty, specjalisty od homeopatii czy akupunktury wie, co robi. I wie, czym i w jaki sposób będzie leczony.

Dlatego ważnym jest, by szarlatanizm został pozostawiony szarlatanom, a chorzy mogli otrzymać pełną informację na temat metod leczenia ich dolegliwości. Wówczas, wiedząc, będą mogli wybierać.

Współczesny szarlatanizm nowoczesnych uzdrawiaczy jest niestety zbyt często parafrazą starego okrzyku, którym bandyci zatrzymywali przejeżdżające powozy. Dziś okrzyk ten, to nie "pieniądze albo życie!", ale "pieniądze i życie!".

Oczywiście w żaden sposób nie da się omówić wszystkich przejawów szarlatanizmu w dziedzinie medycyny. Medycyn magicznych (naturalnych, równoległych, boskich, epitetów może być wiele) jest tyle, że opisanie ich zajęłoby całe tomy grubości encyklopedii.

Trudno również czasami odróżnić medycynę magiczną od innych dziedzin zjawisk paranormalnych, granice nie są jasne i wyraźne. Zwiększa to jedynie niebezpieczeństwo.

Pomimo niezwykłego postępu w sztuce medycznej wyraźnie widać zwiększenie zainteresowania wszelkimi przejawami szarlatanizmu, które coraz bardziej rozpowszechniają się w naszym kraju, w czym pomaga wszechobecna reklama. Lecz przecież, choć w środowiskach medycyny magicznej znajduje się wielu szarlatanów czy "natchnionych" (to takie eufemistyczne określenie niektórych osób, co do których można mieć wątpliwości, czy są całkiem normalni), to przecież nie wystarcza to, by wyjaśnić, czemu w ich gabinetach są coraz dłuższe kolejki.

Oczywiście kolejki te są podawane jako argument: skoro tyle osób z tego korzysta, to znaczy że jest to skuteczne. Ale czy moda może być argumentem merytorycznym? To, że za czasów króla Sasa lekarze do wszystkich schorzeń przepisywali lewatywę i spuszczanie krwi nie świadczy o skuteczności tych praktyk. W średniowieczu w celu oddalenia epidemii dżumy organizowano wielkie procesje religijne, w których brała udział cała populacja dotkniętego miasta i wsi. Ilość zapaleńców, którzy popierają jakąś doktrynę nie ma żadnego wpływu na jej wartość - Hitlera popierała przytłaczająca większość narodu niemieckiego...

Jakie są więc atuty "medycyn równoległych" (naturalnych, starożytnych czy jeszcze tym podobnych)? Czemu istnieje ta grupa osób, które korzystają z jej "dobrodziejstw"?

Medycyna tradycyjna, ta naukowa, daje dziś pacjentowi możliwości, o których nie mógłby on nawet marzyć przed pół wiekiem. Pomimo niepodważalnych sukcesów, istnieją cały czas dziedziny, gdzie pozostaje ona bezsilna. Ale "medycyny naturalne" nie są w tym momencie bardziej skuteczne, choć stanowią jakby ucieczkę i nadzieję.

Rozwój medycyny, która korzysta z badań i doświadczeń również innych dziedzin wiedzy (fizyki, chemii, biologii, genetyki), powoduje spiętrzenie ogromnych ilości informacji, co znów wpływa na pojawianie się coraz to liczniejszych specjalizacji wyglądających na zupełnie niezależne. Już teraz chirurg klatki piersiowej nie ma nic wspólnego z psychiatrą, choć obaj mogli w jednej ławie kończyć Akademię Medyczną.

Efektem tego jest nie tylko to, że jeden umysł nie jest w stanie ogarnąć wszystkich informacji, ale i to, że nie istnieje żadna droga, którą te wszystkie informacje możnaby połączyć w spójną całość. Ani medycyna fizjologiczna, ani patologia komórkowa, ani teorie funkcjonowania systemu nerwowego nie są w stanie włączyć wszystkich informacji pochodzących z badań genetycznych czy faktycznie istniejących, choć jeszcze niedokładnie wyjaśnionych, związków między "stanem ducha" i stanem zdrowia.

Postęp medyczny powoduje "rozczłonkowanie" specjalizacji, co znów wpływa na powstanie "rozczłonkowanego" obrazu człowieka, będącego przecież jedynym podmiotem medycyny. Człowiek znika i pojawia się zestaw "aparatów", funkcji czy części, które leczy się specyficznie. Nie znając jednak historii medycyny nie można zrozumieć, że ten, wydawałoby się, "kryzys", jest i tak wielkim postępem w stosunku do okresu poprzedniego. Oczywiście kiedyś jeden umysł był w stanie ogarnąć całość nauk medycznych, ale o ile bardziej wówczas ta "całość" była uboga...

Wszystko to wpływa na pojawienie się stresu u nowoczesnego lekarza, który choć chciałby, to nie potrafi patrzyć na pacjenta całościowo. Nic więc dziwnego, że wielu z nich urzeka syreni śpiew medycyn naturalnych, z których każda przedstawia jednorodną teorię człowieka, daje wygodę i pewność znalezienia się w jasno określonych ramach. Stąd lekarze-homeopaci, lekarze "specjaliści" od akupunktury, od bioenergoterapii. A przecież ani homeopatia, ani akupunktura ani bioenergoterapia nie są dziedzinami, których uczy się na Akademiach Medycznych. Są to dziedziny, które w większym lub mniejszym stopniu odwołują się do pryncypiów metafizyki czy wręcz spirytyzmu. Opierają się na bazach, których nikt nigdy nie udowodnił i których w żaden sposób udowodnić się nie da.

Gdy mamy do czynienia z lekarzem, sprawa nie jest jeszcze najstraszniejsza. Lekarz, przez lata studiów, nauczył się, że nawet jeśli pewne leczenie jest skuteczne, to jest ono skuteczne jedynie w iluś tam procentach. Nie zapomina, że są różne techniki i możliwe terapie.

Gdy jednak jawi się znachor, człowiek, który nigdy nie uczył się podstaw wiedzy medycznej, chyba że przeczytał kilka książek popularno-naukowych, sprawa jest bardziej skomplikowana. Z reguły przekonany jest on, że terapia, którą stosuje, jest jedyną słuszną i jedyną, która przyniesie skutek. Często nakazuje zupełnie niezorientowanemu pacjentowi odstawić przepisane przez "klasycznego" lekarza leczenie, by stosować swoje metody.

Faktem jest, że wszystkie "medycyny naturalne" mają co najmniej jedną przewagę nad medycyną klasyczną - posiadają teorię ujmującą człowieka jako jedną całość, teorię prostą, sztywną i łatwą do zrozumienia. Bez znaczenia jest fakt, że jest ona zawsze oparta na fantastycznych jeśli nie magicznych założeniach i nie ma nic wspólnego z obiektywną prawdą naukową.

Demagogiczne bazy, na których opierają się aurikuloterapia, bioenergoterapia, osteopatia, akupunktura czy homeopatia zmuszają do postawienia jednak zasadniczych pytań. Po co prowadzić badania nad genetyką, AIDS, chorobami zakaźnymi, skoro te jednolite teorie jasno i precyzyjnie wyjaśniają jak należy leczyć chorego człowieka w "jego całości". Na szczęście życie codzienne daje nam odpowiedzi na te pytania - wystarczy popatrzeć na efekty postępu naukowego i medycyny wobec wielu chorób, które jeszcze nie tak dawno dziesiątkowały całe kraje. Zwróćmy uwagę na fakt, że zarówno akupunktura, jak i homeopatia czy bioenergoterapia twierdzą, że są technikami o wielusetletnich rodowodach. Ale, jakoś to właśnie medycyna klasyczna spowodowała zniknięcie z powierzchni Ziemi żółtej ospy, choroby Heine Medina czy uratowała od niechybnej śmierci miliony chorych na malarię.

Każda "medycyna naturalna" leczy wszystko, wyjaśnia wszystko, wszystko też obiecuje. Fakt, że jakiś pacjent umiera po szoku alergicznym spowodowanym antybiotykiem w powszechnym odczuciu uważane jest za "dowód" nieskuteczności medycyny klasycznej. Poprzez opozycję jest to również argument "za" "medycyną naturalną". Ale jakoś nikt nie przytacza milionów przypadków ludzi, którzy zostali wyleczeni metodami klasycznymi, przy pomocy tych samych antybiotyków, i których żadna bioenergoterapia i homeopatia nie wybawiłaby od niechybnej śmierci. A mało kto pamięta czasy, gdy jeszcze nie było antybiotyków, gdy umierało się od chorób, na które dziś nikt nie zwraca uwagi.

Jeszcze jednym problemem związanym z wszelkiego rodzaju "medycynami naturalnymi" jest trudność polegająca na niemożności naukowego udowodnienia nieistnienia czy nieskuteczności. W medycynie udowadnia się, na przykład, że chlorhydrat fluoxetiny jest lekiem antydepresyjnym. Można to udowodnić, bo większość pacjentów, którzy zostali poddani leczeniu tym lekiem poczuli się lepiej.

"Medycyna naturalna" nie udowadnia nic. Twierdzi, że podchodzi do pacjenta "globalnie" i leczy go "globalnie". Nie potrzebuje dowodów, stawia aksjomaty, to znaczy założenia, których udowodnić nie trzeba. W tym kontekście ma o wiele łatwiejszy dostęp do umysłów swych pacjentów (a może lepiej powiedzieć, klientów), bo o ile łatwiej powiedzieć:

- Ja pana ochronię przed wszystkimi chorobami zakaźnymi, jeśli nałożę panu ręce na głowę...(wbiję igły, wypowiem zaklęcie...)

niż:

- Szczepionka przeciw grypie, którą panu daję, chroni jedynie w 80%.

Medycyna klasyczna nie próbuje dać odpowiedzi na wszystkie zadane pytania. Wie, że jest to niemożliwe. "Medycyna naturalna" te odpowiedzi po prostu daje i jest to przyczyną tak wielkiego nią zainteresowania. Ale czy odpowiedzi te są prawdziwe?

Gdy mowa o medycynie magicznej, jakakolwiek by ona była, należy podkreślić dwie sprawy.

1. To, że się w to wierzy nie jest dowodem, że jest to skuteczne.

2. To, że jest to skuteczne (bo oczywiście czasami jest) nie dowodzi, że jest to skuteczne ze względu na przyczyny, o których mówią uzdrawiacze.

Aby wyjaśnić to śmiesznym przykładem, oto (zmyślona) historia samochodu działającego na drut.

Stojący na stoku samochód, z którego wyciągnięto silnik i zastąpiono siedem razy wstrząśniętym w świetle pełni Księżyca drutem, aby "złapać energię kosmiczną", ruszył, gdy spuszczono hamulec ręczny. Wniosek: przecież mówiłem, że drut może zastąpić silnik, niech żyje napęd drutowy! Rusza więc przemysł druto-energo-kosmiczny i sprzedaje się samochody na drut w milionach egzemplarzy.

Nie jest to tylko karykatura. Medycyny magiczne właśnie tak postępują i warto w tym momencie stwierdzić:

Czy to działa? TAK, czasami to działa.

Czy działa to z przyczyn, o których mówią uzdrawiacze? NIE.

Oczywiście nikomu to nie przeszkadza. Polska, choć nie tylko, zalana jest wszelkiej maści znachorami i uzdrawiaczami, w rodzaju osławionego Kaszpirowskiego, czy innych specjalistów z Mongolii. Oczywiście gabinety ich są pełne i trzeba czasami czekać tygodniami, by się do nich dostać. Oczywiście w telewizji nie raz i nie dwa razy zobaczyć można "świadectwa" wyleczonych z poważnych czasami chorób. Oczywiście, czasami ci ludzie nie kłamią. Ale...

Załóżmy, że medycyny magiczne nie mają żadnego wpływu na chorego (ot, zwykła hipoteza).

Załóżmy, że mamy do czynienia z grupą chorych leczonych właśnie tymi metodami przez rok. Można ich schematycznie podzielić na trzy kategorie:

- Tych, którzy wyzdrowieli dzięki siłom ochronnym własnego organizmu.

- Tych, których stan nie poprawił się albo i pogorszył.

- Tych, którzy zmarli.

Czytelnikowi pozostawiam odpowiedź na następujące pytanie: przedstawiciele której z tych grup przyjdą głosić w telewizji peany na cześć medycyny magicznej?

Akupunktura, aurikuloterapia, homeopatia, irydologia, bioenergoterapia i inne tym podobne nazwy, to tylko imiona. Mają one wspólne nazwisko: Szarlatanizm.

Już przed wielu laty była mowa o niebezpieczeństwach płynących z nienaukowego podejścia do spraw nauki. Howard W. Haggard powiedział przed ponad wiekiem:

"Nauki medyczne będą istniały i rozwijały się tylko tak długo, jak długo przetrwa duch nauki. Chronienie tego ducha jest podstawą pozwalającą na postęp cywilizacyjny. Cywilizacja jest, w świetle Historii procesem niepewnym, który może się odwrócić..."

I dalej: "Szacunek dla faktów i uczciwej dedukcji nie są naturalne umysłowi ludzkiemu. Prymitywne instynkty przyciągane są raczej przez emocje i nieopanowaną wyobraźnię. To, co jest groźne dla ducha nauki, dla medycyny i utrzymania postępu cywilizacji to wcale nie masa bezmyślnych ludzi. Niebezpieczeństwo, to ludzie inteligentni, odgrywający ważkie role w budowie cywilizacji, ludzie, którzy nie potrafią rozsądnie myśleć. Niebezpieczeństwo, to ludzie u których prymitywne instynkty nie mogą być opanowane i rozwijają się na taką skalę, że opanowują zdrowe myślenie. Ci ludzie wskrzeszają stare kulty ludów prymitywnych, uzdrawiania wiarą, ale w nowej formie i terminologii..."

Instynkty i emocje, jeśli nie są przykryte rozumem, zawracają nas do poziomu zwierząt. Przygniecenie ich rozsądnym myśleniem jest sprawą najważniejszą w postępie nauki. W przypadku medycyny, to sprawa życia i śmierci.

Adam Pietrasiewicz


Powrót do strony głównej