Legendy miejskie, czyli kot w kuchence mikrofalowej

Wszystkie parapsychologie, różdżkarstwa i inne ufologie zajmują się zewnętrznymi objawami i zjawiskami, które chcą opisać i, bardziej czy mniej, naukowo przedstawić. Spirytyzm, to otaczające nas duchy, astrologia, to gwiazdy i planety, które nami rządzą, parapsychologia, to dziwne siły, które niktórzy z nas posiadają i zadziwiają nimi otoczenie, UFO, to przybywające z innych światów obce cywilizacje. Magia w religii skupia się wokół relikwi, które mają być dowodami na to, w co nie potrafimy inaczej uwierzyć.

O tej magii mówi telewizja, radio, piszą gazety. Są to czasem spektakularne przejawy myślenia magicznego i dlatego tak wiele o nich mowy, ale też dlatego racjonalny umysł jest w zasadzie w stanie je wykryć i podejść do nich krytycznie. Jeśli oczywiście chce. Ale myślenie magiczne, to nie tylko niezwykłości i niesamowitości, o których mówi się w specjalnych programach telewizyjnych, w niezwykłych wydawnictwach i reportażach radiowych. To nie tylko cudowni uzdrawiacze, którzy jednym ruchem ręki wybawiają nas od wszelkich chorób, astrologowie, którzy wiedzą, co z nami będzie, to nie tylko parapsychologowie mówiący nam o duchach, psychokinezie i telepatii. Uprawianie myślenia magicznego odbywa się w czasie przerwy na kawę w biurze, na przerwie w szkole, w kawiarni i przy partyjce brydża u znajomych. Przez telefon, gdy dzwoni do nas przyjaciel, w gazecie, którą czytamy, w serwisach informacyjnych radia.

Myślenie magiczne, z którym spotykamy się na codzień zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy, to legendy, które słyszymy, które sami rozpowszechniamy głeboko przekonani o prawdzie wszystkiego, co opowiadamy. Są to legendy miejskie.

Siedząc w kawiarni, z kolegami z pracy mamy doskonałą okazję, by opowiedzieć o tym, co niedawno przydarzyło się nam, czy naszym znajomym i bliskim. Historie, które słyszymy i opowiadamy budzą w nas wspomnienia o wydarzeniach, które przeżyliśmy, albo o których nam opowiadano. Część z nich odnosi się do "znajomego mojego znajomego" czy "szwagierki kuzyna Kowalskiego". Czasami jakaś z tych historii zaskakuje i przy najbliższej okazji "przekazujemy ją dalej". Bo ten, który ją opowiedział, przez moment stał się centrum zainteresowania towarzystwa, a lubimy być w centrum zainteresowania. W tym momencie, w sposób zupełnie nieświadomy, stajemy się ogniwem w rozpowszechnianiu legend miejskich. A żyją one własnym życiem, i rządzą się własnymi prawami. Nie ma dla nich granic, ani fizycznych, tych, które widzimy na mapie, ani tym bardziej granic zdrowego rozsądku.

Nowoczesne legendy niektórzy mogliby porównywać z plotkami. Ale przecież nie są to tylko plotki. Plotka, to stwierdzenie "taka to a taka sypia z takim to a takim". Jest łatwa do rozpoznania, nie ma długiego życia i często łatwo zweryfikować jej podstawy. Plotka ma również z reguły jakiś cel, którym bardziej lub mniej wyraźnie jest zazwyczaj próba zaszkodzenia komuś. Legendę miejską trudno rozpoznać na pierwszy rzut oka, żyje latami, ale nie ma koniecznie na celu szkodzenia. I, co najważniejsze, w większości przypadków jest nieweryfikowalna. Jej źródło, jak daleko byśmy szukali, jest zawsze tak samo odległe. Bo legenda miejska opiera się zawsze na "najbezpieczniejszym" źródle, którym jest "znajomy mojego znajomego", czyli ZMZ, i już w swych podstawach jest źródłem nieweryfikowalnym. I tu jest jej siła, żywotność i, jeśli można się tak wyrazić, ruchliwość. Staje się ona częścią folkloru miast, folkloru nowoczesnego. I sądzę, że pojawia się tak, jak przed setkami lat historie o smokach, utopcach i strzygach. I tak, jak tamte, być może kiedyś nasze, nowoczesne legendy będą opowiadane dzieciom i zbierane w tomach baśni.

Baśnie i legendy z reguły niosą w sobie jakieś przesłanie, morał. W przypadku legend miejskich morał jest czasami trudny do wyszukania, ale z reguły jest obecny. Raz wyraża nasze głębokie i wszechobecne przerażenie otaczającym światem, innym razem uwypukla różne cechy, które mimo, że są powszechne, pozostają w strefie naszej podświadomości. Są ich setki, tysiące. Ale, w odróżnieniu od parapsychologii i innych "psi" trudno badać je narzędziami "naukowo-technicznymi". Oczywiście, w wielu przypadkach jest to możliwe, ale nie zapewni całościowego podejścia do problemu. I dlatego narzędziem, które najlepiej pozwoli zająć się tą dziedziną jest psychologia, flirtująca nawet czasami z psychoanalizą.

Wokół legend miejskich powstała już bardzo liczna literatura i są one obiektem zainteresowania jak najbardziej poważnych socjologów i etnologów. Istnieją pisma, które są im jedynie poświęcone, a pełna bibliografia zjawiska zajęłaby półki niejednej biblioteki. Każdy z nas, nie raz i nie dwa razy, stał się ogniwem przenoszącym legendę miejską, i nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Są one często najbardziej kolorową częścią szarego niekiedy, otaczającego nas świata. Są często śmieszne, często straszne, często, mimo swej głębokiej nieracjonalności dają do myślenia. Zwrócenie uwagi na pewne aspekty niezwykłych historii dnia codziennego pozwoli może łatwiej rozpoznać, w opowiadanej przez znajomego historii, legendę miejską. I gdy się to uda, pozwoli na zastanowienie się nad jej źródłem... Czy poprostu pozwoli na zastanowienie się. Bo siła myślenia jest wręcz legendarna.

Ważną cechą legendy miejskiej jest jej względna niezmienność. Ta sama historia powtarzana jest w Polsce, we Francji, w Brazylii i w Australii, choć czasem realia, które przedstawia, zupełnie nie odpowiadają realiom kraju, w jakim historia miała mieć miejsce. Postanowiłem rozpocząć podróż po świecie legend miejskich od historii, którą opowiedział mi mój przyjaciel, mówiąc, że to właśnie jemu się przydarzyło, w Poznaniu. Opowiedział mi to w połowie lat osiemdziesiątych, i tak jak to bywa z legendami miejskimi, uśmiawszy się do rozpuku, opowiedziałem ją, czyli "podałem dalej", tym razem jako historię zaczynającą się od słów "a mojemu przyjacielowi zdarzyła się pewna, niezwykła historia"... Myślę, że jeśli czyta on teraz te słowa, nie będzie miał mi za złe, że poszperawszy nieco, doszedłem do źródeł przygody, którą mi opowiedział, jako własną. Jedyne, co mógłbym mu doradzić, gdy następnym razem będzie rozpowszechniał legendę miejską, to, by zachował klasyczną jej formę, czyli zawsze zaczynał od słów "znajomy mojego znajomego (ZMZ) opowiada, że"...

Tak więc mój przyjaciel opowiedział mi, że...

Murzyn w barze szybkiej obsługi

... wracając pewnego dnia z miasta zatrzymał się w barze szybkiej obsługi, by przekąsić conieco, bo nie miał już ochoty siedzieć w kuchni w domu. Wszedł więc do lokalu, wziął tacę, wybrał sobie potrawy, to znaczy zupę i drugie danie, skądinąd pierogi, i skierował się do jednego z wolnych stolików. Postawił na podłodze przy krześle torbę z zakupami i zorientował się, że zapomniał wziąć sztućców. Postawiwszy więc tacę z jedzeniem na stole, poszedł do lady, by wziąć widelec, nóż i łyżkę i wrócił do stolika. Jakież było jego zdumienie, gdy zobaczył, że przy jego stoliku siedzi Murzyn i zjada jego zupę.

Postanowił jednak nie reagować, siadł z drugiej strony, sięgnął po pierogi, i zaczął je zjadać. Murzyn popatrzył nań jakoś dziwnie i powiedział:

- Krizys...

- Ano krizys - odpowiedział mój przyjaciel, nie bardzo wiedząc, co może powiedzieć.

Jedli tak chwilę w milczeniu, aż wreszcie Murzyn skończył zupę, wstał i udał się w kierunku wyjścia nic nie mówiąc. W tym momencie mój przyjaciel zorientował się nagle, że zniknęła mu torba z zakupami. Wpadł w furię, bo niedość, że Murzyn zjadł mu zupę, to jeszcze ukradł rzeczy. Zerwał się więc, by go dognać i nagle, z przerażeniem i rozpaczą zobaczył, przy sąsiednim stoliku, swoją torbę, oraz tacę z zupą i pierogami, które cały czas tam na niego czekały i nawet już przestygły.

Niewiele można tu powiedzieć, czy skomentować. Historia jest po prostu śmieszna i jest to dokładnie typ przygody, którą można opowiadać, by rozbawić towarzystwo. Jej źródeł można szukać w reakcji na rasizm, bardziej lub mniej rozpowszechniony w różnych regionach świata. Jest to jakby zdrowa reakcja na postawy rasistowskie, mająca w podtekście moralnym pokazać "dobrego" i "tolerancyjnego" Murzyna wobec białego, który z pewnością nie wykazałby się tak wielką tolerancją.

Ciekawym zjawiskiem jest fakt, że głównym bohaterem jest zawsze Murzyn. Bez względu na miejsce, w którym jest opowiadana. Jest to o tyle zadziwiające, że przecież w Polsce, w połowie lat osiemdziesiątych, nawet w Poznaniu, nieczęstym było spotkanie Murzyna w barze szybkiej obsługi. A jednak, pozostał Murzyn, tak jak w 1983 roku w Hiszpanii, w 1985 w USA, w tym samym roku we Francji i w Australii, a w 1989 we Włoszech. Bo wszędzie tam, historia ta, z niewielkimi naprawdę zmianami (oczywiście pierogi zamieniały się w hamburgera i frytki, czasami była tylko zupa, którą bohaterowie zjadali z jednego talerza...) opowiadała o Murzynie.

Niebezpieczeństwa szkieł kontaktowych

Gazeta codzienna wydawana w Clermont-Ferrand we Francji, La Montagne, 7 września 1983 przytacza następującą historię:

Madryd. - Dwóch robotników pracujących w centrali atomowej w Trillo (Andaluzja, południe Hiszpanii) utraciło wzrok zdejmując szkła kontaktowe, do których przykleiły się rogówki ich oczu, jak podał wczoraj związek Komisji robotniczych (CCOO, bliski partii komunistycznej).

Według tego samego źródła, dwaj robotnicy, elektryk i spawacz, znaleźli się w zasięgu działania iskry. Łuk elektryczny, który powstał, spowodował natychmiastowe wysuszenie płynu, którego zadaniem jest ciągłe nawilżanie szkieł kontaktowych.

Ale dopiero po powrocie do domu, gdy robotnicy zdejmowali szkła, zeszły one razem z rogówkami i obaj stali się niewidomi.

Przerażające, prawda? Ta informacja została powtórzona przez bardzo wiele francuskich gazet mniej więcej w tym samym momencie. A jest to odmiana historii, która pojawiła się już dużo wcześniej w biuletynach BHP w Stanach Zjednoczonych, i która trafiła do Europy prawdopodobnie przez Szwajcarię. Pewne, niedokładnie zbadane źródła wskazują, że historia powstała w USA już pod koniec lat sześćdziesiątych i pojawiała się od tamtego czasu, sporadycznie, w Europie.

Informacja o centrali atomowej w Trillo mogłaby być gwarancją autentyczności. Ale, gdy niektórzy dziennikarze zbadali dokładnie sprawę, okazało się, że w Trillo, w centrali atomowej, pojawiła się jedynie notka, która była wyciągiem ze wspomnianych biuletynów BHP z USA. Nikt nigdy nie słyszał tam o oślepionych robotnikach.

Od początku lat osiemdziesiątych, w bardzo wielu przedsiębiorstwach pojawiły się przeróżne instrukcje i regulaminy, które powołując się na różne przypadki "oślepienia" nakazywały osobom noszącym szkła kontaktowe przedsięwzięcie daleko idących środków ostrożności. Historia wydaje się, pomimo jej przerażającej wymowy, absolutnie prawdopodobna dla każdego... poza oftalmologiem. Otóż w czerwcu 1983, amerykańska akademia oftalmologii przeprowadziła śledztwo właśnie w tej sprawie, by dojśc do konkluzji, że nic nie może potwierdzić prawdziwości takiego wypadku, że ani jedna z fabryk, której dotyczyły szeroko rozpowszechniane historie, nie odnotowała żadnej, tego rodzaju tragedii. Natomiast śledztwo doszło do prawdopodobnego źródła przekazu, którym był wypadek w jednej z fabryk w Baltimore, gdzie pewien robotnik został zraniony w oczy w wyniku eksplozji, a nosił szkła kontaktowe. Nie utracił wzroku.

Wiele było i jest jeszcze historii krążących w formie legend na temat szkieł kontaktowych. Powstają one jako odpowiedź na pewien lęk przed "nowinkami technicznymi" i innymi wynalazkami i są, być może, w pewnym sensie reakcją na dążenie tych, którzy je noszą, po to, by lepiej wyglądać. Przyspawanie szkieł do rogówki odczuwane jest jako "kara" za dążenie do piękności.

We Francji, jeszcze dziś, regulaminy wewnętrzne na kolei, w fabrykach Renault, na poczcie, w paryskim metrze przestrzegają przed noszeniem szkieł kontaktowych w razie pracy w pobliżu urządzeń elektrycznych.

Emocje filodendrona

W latach sześćdziesiątych pewien amerykański naukowiec wpadł na pomysł umieszczenia elektrod wykrywacza kłamstw na roślinie doniczkowej. Gdy ją podlewał, otrzymywał reakcje wskazujące na odprężenie, relaksację. Gdy pomyślał o nadpaleniu liścia przy pomocy zapalonej zapałki, zanim jeszcze cokolwiek zrobił, roślina gwałtownie zareagowała. W ten sposób zostało udowodnione, że rośliny posiadają pewną formę świadomości pozwalającą im wyrażać uczucia i czytać myśli.

Zostalo przeprowadzonych jeszcze wiele innych eksperymentów. Wyraźnie były reakcje na obecność osób, które zniszczyły jakieś inne rośliny. Użyto nawet wykrywacza kłamstw, podłączonego do roślin znajdujących się w pomieszczeniu, w którym popełniono morderstwo, w celu wykrycia winnego wśród podejrzanych, którzy musieli się zbliżyć do doniczek.

Rośliny reagują nie tylko na ludzi. Reagują na każde niszczenie żywych organizmów, jak wskazuje na to eksperyment, przeprowadzony z filodendronem, podłaczonym do wykrywacza kłamstw, w obecności którego wrzucano do gotującej wody żywe krewetki i kawałki nieożywionej materii.

Historia ta obiegła świat i cytowana jest przez wszystkich "szanujących się" parapsychologów. Eksperyment, o którym mowa, wykonany został przez byłego pracownika CIA, Cleva Backstera. Przedstawia się go jako "uczonego", "wybitnego naukowca", a także "psychologa", "profesora" i "najlepszego amerykańskiego specjalistę od wykrywania kłamstw". Jedyną publikacją Backstera, zajmującego się, tak naprawdę, szkoleniem policjantów w akademii policyjnej w Nowym Jorku, jest artykuł w International Journal of Parapsychology (10,1968), natomiast nigdy nie publikował on w żadnym piśmie naukowym. Oczywiście eksperymenty zostały wielokrotnie powtórzone, bez żadnych wiążących wyników. Wykrywacz kłamstw, jest to zwykły elektrodermograf mierzący zmiany przewodnictwa elektrycznego skóry, które mogą wiązać się, między innymi, z reakcjami emocjonalnymi. Jego wyniki, w przypadku ludzi, tak jak i w przypadku roślin, są często krytykowane. Tyle, że o ile w przypadku ludzi, igła czasami zadrga w sposób, który można by wyjaśnić kłamstwem, o tyle w przypadku roślin nie dzieje się nic, czego dowiodły badania przeprowadzone przez miesięcznik Science (189,1975).

Ale historia poszła w świat i znam wiele osób, które przechadzają się po domu, szepcząc czułe słówka swym dracenom, fikusom i innym jukkom. Ponoć mają lepiej rosnąć...

Gremlinsy atakują, czyli niebezpieczeństwa nowych technologii

Teflon, pokrycie używane w patelniach powoduje wydzielanie śmiertelnie niebezpiecznych oparów w wysokich temperaturach. Gdy po raz pierwszy został wykorzystany w warunkach przemysłowych, jeden z robotników zmarł po wypaleniu papierosa, w którym znalazła się niewielka ilość Teflonu. Zaciągnął się, płuca wypełniły mu się trującymi oparami i po pięciu minutach nie żył.

Historia opowiadana w USA około roku 1955
Pewna kobieta, która chciała szybko opalić się, wykupiła seanse przy lampach kwarcowych w kilku salonach piękności na raz. Ale szybko poczuła się bardzo źle i poszła do lekarza, który poinformował ją, że jej wnętrzności zostały ugotowane ze wzgłedu na zbyt długie wystawienie ciała na działanie promieni ultrafioletowych z lamp kwarcowych.
Koniec lat osiemdziesiątych, USA
Kuchenki mikrofalowe, których drzwiczki są niedomknięte, powodują wydzielanie niebezpiecznego promieniowania. Wiele osób doznaje w ten sposób spalenia mózgu. Żyją, ale w stanie zupełnej nieprzytomności, sztucznie utrzymywane przy życiu.
*

Pewna kobieta, pracująca w fast-foodzie, bardzo się źle czuła i bez przerwy musiała chodzić do lekarza. Ale jej stan pogarszał się z dnia na dzień. W końcu zmarła i w czasie sekcji zwłok okazało się, że jej organy wewnętrzne były całkiem ugotowane. Przyczyną były przecieki mikrofal, wydostające się z uszkodzonej kuchenki.

*

Pewna kobieta, gdy wyciągała z piecyka mikrofalowego potrawę, którą podgrzewała, utraciła nagle dłoń, która po prostu jej odpadła. Otóż stało się tak, bo nie zwróciła uwagi na to, że wkładała rękę do włączonego piecyka i po wielokrotnym wkładaniu mikrofale, niezauważalnie, przecięly jej ciało.

Historie o kuchniach mikrofalowych krążące
od początku lat siedemdziesiątych aż do
dziś w Stanach Zjednoczonych i w Europie.
*

Oto doskonałe przykłady legend powstających wraz z pojawieniem się nowych technik, wchodzących do powszechnego, domowego użytku. Wrogość wobec nowinek, technicznych i innych jest najczęstszą przyczyną pojawiania się przeróżnych historii. Któż nie słyszał o kocie suszonym w kuchence mikrofalowej? Wspomniana wcześniej historia o szkłach kontaktowych krążyła również po świecie w wersji, jeśli można tak powiedzieć, "mikrofalowej".

Historie o nieprawidłowym wykorzystaniu nowych rzeczy leżały w jakimś stopniu napewno u podstaw pomysłu nakręcenia filmu Joe Dantego, Gremlins (1984, producent, Steven Spielberg). Jest to właśnie historia tragicznych skutków niezastosowania się do wskazówek dotyczących zasad użycia czegoś. W przypadku filmu chodzi o małego, miłego misia, który po dostaniu jedzenia po północy, co wyraźnie było zakazane, staje się przyczyną całej serii nieszczęść. Podobnie jest z historiami o nowinkach technicznych.

Skądinąd w filmie jest scena, w której jeden z potwornych Gremlinsów ginie w kuchence mikrofalowej.

Sukces Teflonu spowodowany jest jego właściwościami, które nie dopuszczają do przyklejenia się potraw do patelni. Pojawia się więc jakby poczucie winy wobec naszych rodziców, którzy zmuszeni byli, przy czyszczeniu naczyń skrobać patelnie. Poczucie winy pociąga za sobą przekonanie o konieczności zapłaty za ułatwienie życia. Ułatwienie jedynie pozorne - stąd historia o śmiertelnych oparach. Historia ta może być również odebrana jako przestroga przed paleniem papierosów, w ten sposób legenda niesie w sobie dwa przesłania.

Pozostawiona przez dłuższy czas na ogniu teflonowa patelnia, rzeczywiście, gdy dojdzie do bardzo wysokiej temperatury, może zacząć emanować gaz, który może być szkodliwy dla niektórych ptaków. Ale, jak wykazały badania, nie ma on żadnego wpływu na ludzi ani na zwierzęta. Trzeba podkreślić, że szkodliwe dla niektórych ptaków emanacje pojawiają się przy temperaturach, których nie osiąga się przy używaniu patelni w warunkach domowego wykorzystania.

Historia o kobiecie, która "upiekła sobie wnętrznośći" jest, wbrew pozorom, bliska następnym historiom o piecykach mikrofalowych. Ale niesie w sobie dodatkowo przestrogę przed, tak jak i w przypadku szkieł kontaktowych, próbami zbytniego dbania o swoją urodę. Można dbać o siebie, ale ci, którzy przesadzają, będą ukarani!

Ciekawym jest fakt, że pomimo istnienia lamp kwarcowych już od bardzo wielu lat, historia ta pojawia się dopiero w latach osiemdziesiątych. Można łączyć to z rozpowszechnieniem w tym okresie "łóżek kwarcowych" pozwalających na opalanie się ze wszystkich stron na raz i z dostępnością tych urządzeń dla przeciętnego konsumenta. Ale nie można oddzielić tego od faktu, że w latach osiemdziesiątych kuchenki mikrofalowe stały się towarem naprawdę powszechnego użytku. Tak jast! Kuchenki mikrofalowe, bo dzięki mikrofalom właśnie można gotować coś w całej objętości.

Otóż, gdy przyjrzeć się bliżej opisanej historii, wyraźna jest w niej aluzja do mikrofal, jako że lampa kwarcowa "ugotowała" jej wnętrzności. Jak to bywa z legendami, i ogólnie ze wszystkimi przejawami myślenia magicznego, brak naukowego uzasadnienia nie odgrywa żadnej roli w przekazywaniu historii z ust do ust.

Historie o mikrofalach i promieniach ultrafioletowych są jakby odbiciem powszechnego strachu przed wszelkiego rodzaju promieniowaniem. Strachu czasami bezzasadnego, czasami jak najbardziej uzasadnionego, gdy na przykład chodzi o promieniowanie radioaktywne. Jest to strach podobny do strachu przed duchami czy "polem geopatogennym" tak często opisywanym przez wszelkiego rodzaju różdżkarzy, przed czymś nienamacalnym, nieuchwytnym, lecz przecież niebezpiecznym.

Lampy kwarcowe naświetlają promieniowaniem ultrafioletowym. Promieniowaniem, które w spektrum, to znaczy jakby na wykresie obrazującym różne fale elektromagnetyczne, znajduje się dokładnie po odwrotnej stronie, niż mikrofale, używane w kuchenkach. I o ile te drugie mają możliwość przenikania całości ciał, które znajdą się w ich zasięgu, o tyle ultrafiolet zatrzymuje się na skórze. Tak więc nie istnieje żadna możliwość ugotowania czegokolwiek przy pomocy lamp kwarcowych. Tak jak w kuchence mikrofalowej nie da się opalić.

Niedomknięte, czy nieszczelne kuchnie mikrofalowe rzeczywiście mogą czasami spowodować nieprzyjemne wrażenia zmęczenia, zawrotów czy bóli głowy. Ale absolutnie nie jest możliwym, by "ugotowały" czy ucięły komukolwiek cokolwiek. W historii z kobietą, której odpadła ręka, mikrofale mylone są z laserem, co jest świadectwem tego, jak bardzo, pomimo jej wszechobecności, nie rozumiemy otaczającej nas techniki. Skądinąd słyszałem już pierwsze historie o niebezpieczeństwach płynących z używania czytników płyt kompaktowych, które jak wiadomo opierają się w swym działaniu właśnie na laserze. Nie trzeba chyba dodawać, że laser czytający płyty kompaktowe nie jest niebezpieczny dla człowieka.

Z punktu widzenia czysto medycznego historia jest również niemożliwa: nadmierne naświetlenie lampą kwarcową może co najwyżej spowodować poparzenie, jak to, którego możemy doznać na plaży. Na dłuższą metę opalanie, naturalne czy kwarcowe, powoduje wysuszenie i szybsze starzenie skóry. Ponadto, nikt nigdy nie mógłby przyjść do lekarza z "ugotowanymi" organami wewnętrznymi. Chyba, że do specjalisty medycyny sądowej.

Historie o lampach kwarcowych i kuchenkach mikrofalowych przekazywane są szczególnie przez kobiety, jako najbardziej "zainteresowane" tymi urządzeniami. Kobiety, które miały być ofiarami lamp "kwarcowo-mikrofalowych" często czuły odrażający smród wydobywający się z ich ciał, w wyniku gnicia "ugotowanych organów", próbowały pokryć go codziennym, kilkakrotnym myciem, zlikwidować perfumami. Szczegóły dochodzą do tego, że nieszczęsne przestawały wychodzić z domu, albo nie przestawały trwać w upartości, kontynuując tragiczne w skutkach naświetlania. Koniec końców trafiały do lekarza, który zawsze wypowiadał przerażającą formułkę: "nie mogę nic dla pani zrobić, bo, cokolwiek bym nie zrobił, to równałoby się to próbie przywrócenia życia usmażonemu befsztykowi". Można tu, przy odrobinie humoru zauważyć, że przywrócenie życia surowemu befsztykowi będzie najprawdopodobniej równie beznadziejnym zajęciem. Czasami podawane są makabryczne szczegóły, z podaniem okoliczności tragiczej śmierci, czy okrutnego, beznadziejnego oczekiwania na nią w szpitalu. Nieszczęsna jest też zazwyczaj oślepła. Czasami podawana jest wręcz nazwa szpitala, ale zawsze jest to ZMZ (znajoma mojej znajomej), która opowiedziała historię.

Kalkomanie z LSD czyli szaleństwo handlarzy narkotyków

Oto treść ulotki, która w grudniu 1991 roku pojawiła się w niektórych regionach Francji. Przekazywana była z rąk do rąk, w formie napisanego na maszynie tekstu, i choć nie jest to, w dosłownym tego słowa znaczeniu historia, czy legenda, przedstawia pewien scenariusz, który jakoby wydarzył się już wielokrotnie i może jeszcze się wydarzyć.
UWAGA: NARKOTYKI

Departament policji przestrzega ludność przed nowym rodzajem narkotyku, który rozpowszechniany jest wśród dzieci. Został już wykryty w SZWAJCARII i prawdopodobnie bardzo szybko pojawi się w innych krajach europejskich. 

- W STANACH ZJEDNOCZONYCH sprzedawane są kalkomanie, o nazwie “BLUE STAR”. Jest to kawałek białego papieru, na który nałożone są niebieskie gwiazdki. Każda gwiazdka nasycona jest LSD i gdy polizać ją, LSD przenika natychmiast do krwi. Ale może również przeniknąć przez skórę, jedynie przy dotknięciu. 

- Pojawiły się także obrazki “SUPERMAN”, a także postacie z WALTA DISNEYA (motylki, clowny...) w różnych kolorach. Znaleźć je można w czerwonych, kartonowych opakowaniach, zawinięte w celofan, po pięć lub dziesięć w jednym. 

Te kalkomanie proponowane są dzieciom przez młodych ludzi, którzy chcą w ten sposób zarobić pieniądze, tworząc sobie nową klientelę. Dziecko, które dostaje takie obrazki może rozpocząć, dzięki tym kartonikom, "fatalną podróż". 

- Pojawiły się też inne naklejki nasycone narkotykiem: “PIRAMID”, zawierające kolorowe kropeczki i “WINDOW LANE” przedstawiające kratki. 

Należy poinformować dzieci o istnieniu tych narkotyków i nakazać im, by NIE DOTYKAŁY tych niebezpiecznych obrazków, ponieważ zawierają STRYCHNINĘ. 

Jeśli dzieci zaczną mieć nagle halucynacje, niezrozumiałe zmiany nastroju, wymioty, nagłe zmiany zachowania i temperatury ciała, należy natychmiast udać się do szpitala i uprzedzić policję. 

PODAJ DALEJ I ROZPOWSZECHNIAJ TĘ INFORMACJĘ 
Powyższa ulotka pochodzi ze Szwajcarii. Podobna, w której jednak nie było mowy o strychninie pojawiła się w Paryżu w październiku i listopadzie 1988. Nadeszła ona prawdopodobnie z Nicei, bo w swej treści powoływała się na, skądinąd zdementowane przez dyrekcję, przypadki hospitalizacji dzieci w szpitalu Św. Rocha. W 1990 roku francuscy celnicy zatrzymali transport LSD ukryty w dziecięcych naklejkach. Historia powróciła więc prawdopodobnie w 1991 w wyniku właśnie tej akcji służb celnych.

Wszystkie ulotki w mniejszym lub większym stopniu są kopiami tych, które w 1987 i wcześniej pojawiały się w USA i w Kanadzie. Stwierdzono na przykład, że ulotka, która wyszła z Nicei była jedynie kopię innej, która nadeszła z Quebecu w Kanadzie. Liczne kopie ulotek spowodowały powstanie nawet błędów ortograficznych, w wyniku częstego przepisywania.

Źródłem historii jest najprawdopodobniej nota wydana w 1980 roku przez Biuro Narkotyków Policji Stanowej New Jersey po akcji, w której skonfiskowano pewną ilość bibułek z rysunkami Myszki Miki, a nasączonych LSD. Nota ta opisuje dokładnie opakowanie w różowy karton i celofan. Jak się okazuje, najczęściej spotykanym sposobem przechowywania LSD są nasączone bibułki z rysunkami (Myszka Miki, pies Snoopy, gwiazdki, Budda, ET czy nawet Gorbaczow), które są dla producentów i adeptów tego narkotyku jakby znakiem rozpoznawczym. Nota policyjna mówi pod koniec: "Uwaga: dzieci mogą wziąć tego typu rysunek za “zmywalny tatuaż”".

Legenda powstała oczywiście, gdy podobieństwo do "tatuażu" zmieniło się, w powszechnym przekonaniu w "tatuaż" zawierający LSD. Następnie tatuaże zamieniły się w obrazki, znaczki i kalkomanie. Doszły do tego informacje o darmowym rozdawaniu obrazków przez różnych wyrostków, opisy symptomów zatrucia i historia strychniny.

Oczywiście legenda jest fałszywa. Nigdy nie zatrzymano żadnych "tatuaży zmywalnych" zawierających LSD, nie ma żadnych informacji o zatruciach dzieci, ani w USA, ani w Europie. Przenikanie LSD przez pory skóry jest przez lekarzy uznane jako niemożliwe. Oczywiście polizanie LSD jest wystarczające, by narkotyk przedostał się do organizmu, ale nie jest to narkotyk o działaniu śmiertelnym dla człowieka, nie ma pojęcia "overdose" czyli przedawkowania w tym przypadku, tak więc aluzja do śmierci, w pojęciu "fatalna podróż", nawiązująca do narkotyków takich jak heroina, jest bezpodstawna.

Natomiast wszelkie informacje o darmowym rozdawaniu LSD, w jakiejkolwiek formie, które często towarzyszyły ulotce, wiążą się z przypadkami fizycznego uzależniania młodzieży od heroiny właśnie w taki sposób. Ma to na celu tworzenie nowych "rynków zbytu". W przypadku LSD byłby to jednak, z punktu widzenia handlowego, kompletny absurd. Producenci i handlarze bardzo szybko poszliby z torbami, gdyby tak działali. Trudno podejrzewać ich o brak rozsądku, szczególnie gdy chodzi o pieniądze. A przecież doskonale wiedzą, że LSD jest jednym z grupy narkotyków, które nie powodują żadnego uzależnienia fizycznego u osób, które je zażywają.

Ukryte symbole i sataniczne znaczenie piramidy w Luwrze

Od 1988 roku wejście do Muzeum Luwru w Paryżu mieści się w wielkiej, szklanej piramidzie, zakrywającej hall z kasami. Piramida została uznana za jeden z nowoczesnych pomników Paryża, lecz tak jak kiedyś Wieża Eiffla wzbudziła i wzbudza jeszcze dyskusje, często niechęć.

Oto, co pisał EST Republicain, gazeta codzienna w Nancy, 28 marca 1988:

Piramida Luwru przedstawia sobą pewne tajemnicze i okultystyczne aspekty. Stoi dokładnie na paryskim południku zero, dokładnie w środku stolicy i wydaje się mieć ezoteryczną wymowę blisko związaną ze śmiercią. Symbolika ta jest podkreślona faktem, że zbudowana została z 666 płyt szklanych. A przecież w Apokalipsie świętego Jana 666 jest przeklętą liczbą Bestii.

Tekst, który jest listem czytelnika do redakcji, odwołuje się do legend, które pojawiły się gdy tylko Piramida zaczęła powstawać, a mówiących właśnie o 666 płytach ,z których będzie zbudowana. A przecież św Jan w Objawieniu (13,18) mówi wyraźnie : Tu jest mądrość. Kto ma rozum, niech zrachuje liczbę bestii. Albowiem jest to liczba człowieka, a liczba jego sześćset sześćdziesiąt sześć.

W dalszej części listu czytelnik mówi o terenie, na którym zbudowana jest Piramida, terenie o "silnej aktywności tellurycznej", który może działać jako "silny katalizator" i wpływać na decyzje polityków rządzących państwem, których biura i siedziby znajdują się w jego zasięgu. List kończy "proroctwo" wielkich zmian, które niedługo nastąpią.

"Wielkie zmiany" jak narazie nie nastąpiły.

Ale nie wszyscy byli i są w tej kwestii pesymistami. Magazyn Inconnu przedstawia raz Piramidę jako znak nadejścia szatana i bliskości końca świata, w innym artykule jednak mowa jest o innej możliwej interpretacji liczby 666. Miałby to być znak nadejścia ery Wodnika, czasów miłości i harmonii. Piramida została zbudowana przez architekta chińskiego, Ming Pei, oddano ją do użytku w 1988. A rok 1988 był "rokiem Smoka", zwierzęcia nadzwyczaj dobrego w mitologii i astrologii chińskiej.

Oczywiście myślę, że nikt nie ma wątpliwośći co do absurdalności tych "proroctw". Zacząć trzeba od podkreślenia, że Piramida została zbudowana z 875 rombów i 118 trójkątów szklanych, co, jakby się temu nie przyglądać, odbiega nieco od strasznych 666.

Inne odmiany legendy nawiązują do faktu, że w Piramidzie użyte są szklane trójkąty, co ma świadczyć o masońskich powiązaniach rządzących. Nawiązanie do "południka zero" jest poniekąd prawdziwe, od XVII wieku południk zero przebiegał dokładnie przez środek Paryża, jak zadecydował Ludwik XIV dla większej chwały własnej i Francji. Dopiero w 1884 międzynarodowa konwencja ustaliła, że południk zero przebiega przez Obserwatorium astronomiczne w Greenwich.

Ciekawym jest, że większość legend dotyczących Piramidy paryskiej rozpowszechniane było przez środowiska skrajnej, nacjonalistycznej prawicy, która doszukując się różnych żydo-masońskich symboli, nawiązując do Pisma Świętego, starała się w ten sposób, może pośrednio, zdyskredytować socjalistyczne wówczas władze Francji.

Ciekawym może być także zwrócenie uwagi na znamienny fakt. Otóż istnieje jeszcze inna paryska legenda. Dotyczy ona Wieży Eiffla, a podaje, że pod tą budowlą znajduje się cały system hydraulicznych dźwigni, które utrzymują ją w równowadze. Legenda jest objawem niepokoju, wobec tak wielkiej masy stali, która mogłaby się kiedyś przewrócić. Oczywiście, osoba odpowiadzialna za kontrolę równowagi Wieży jest z reguły skończonym alkoholikiem i okolice Pól Marsowych są w ciągłym niebezpieczeństwie. Znamiennym jest to, że o ile wokół Wieży Eiffla, budowli sprzed stu lat, krąży legenda o podstawach czysto "naukowych" i technicznych - dżwignia hydrauliczna, system zabezpieczeń itp - o tyle wokół Piramidy, oddanej do użytku dopiero przed kilku laty, powstała legenda "mistyczno - okultystyczna"...

Trujące konserwanty czyli niebezpieczeństwa jedzenia

Co jakiś czas powracają legendy o szkodliwośći Coca-Coli i innych amerykańskich napojów. Mówi się, że Coca-Cola rozpuszcza mięso, metale, że jest trująca, że powoduje impotencję itp, itd. Częściowo, jak zostało udowodnione, legendy te powstały w czasach, gdy był to napój nowy i konkurenci starali się w ten sposób wpłynąć na zmniejszenie jego popularności. Fakt, że Coca-Cola wytwarzana była i jest w warunkach przemysłowych na gigantyczną skalę nie jest tu bez znaczenia.

Ale nie tylko amerykański napój jest obiektem ataków legend. Jedną z legend, które powstały na temat żywności wytwarzanej przemysłowo, była słynna lista konserwantów i kolorantów spożywczych, które są ponoć szkodliwe, jeśli nie wręcz trujące dla człowieka. Lista ta zaczęła być rozpowszechniana w latach siedemdziesiątych w Polsce, by, pod koniec lat osiemdziesiątych osiągnąć paroksyzm. Każdy chyba słyszał o różnych E120 i innych dodatkach, które są rakotwórcze, czy tylko podejrzane o rakotwórczość.

W połowie 1975 roku została opublikowana przez EWG lista dodatków spożywczych dopuszczonych do obiegu w towarach sprzedawanych na terenie państw Wspólnoty. W grudniu tego roku, Science et Vie, skądinąd szacowny miesięcznik, niezwykle mocno zaangażowany w zwalczanie nieracjonalnego myślenia, opublikował listę dodatków z komentarzem na temat ich właściwości. Wśród 143 substancji 29 zostało uznanych za "podejrzane" bądź "niebezpieczne". Równolegle powstał spór, w łonie Komisji EWG, na temat 9 dodatków, które zdecydowano dopuścić do użycia jeszcze przez rok. Spowodowało to niezwykłe poruszenie w środowiskach konsumenckich, które w całej Europie zachodniej rozpoczęły kampanię bojkotu kolorantów. Spowodowała ona niezwykłe zamieszanie w przemyśle spożywczym, który przeżył przez to prawdziwy kryzys.

W 1976 roku pojawiła się lista 107 dodatków, z których 70 uznano za niebezpieczne lub podejrzane. Lista ta, która powoływała się na Science et Vie przedstawiała, jako najbardziej trujący i rakotwórczy dodatek o tajemniczej nazwie E 330, który, jeśli dokładnie sprawdzić w dokumentacji EWG okazuje się być... kwaskiem cytrynowym.

Rozpowszechniane do dziś ulotki powołują się na przeróżne autorytety, z reguły wielkie centra leczenia i badania raka, które mimo wielokrotnie powtarzanych dementi, wciąż przedstawiane są jako źródło informacji. Sprawa E 330, która podważyła nieco twierdzenia przeciwników żywności przemysłowej, jest bagatelizowana i przedstawiana jako detal, który w niczym nie przeczy faktowi, że żywność przemysłowa jest szkodliwa.

Trudno stwierdzić bez żadnych wątpliwości jak sprawy wyglądają. Ulotki, które wielu ma w domu, nie zostaly wydane przez żaden z ośrodków naukowych, na które się tak chętnie powołują. Poważni naukowcy, których spotkać można zarówno wśród niezaangażowanych, jak i wśród zdecydowanych przeciwników dodatków spożywczych wypowiadają opinie czasem zupełnie sprzeczne.

Historię tę przytaczam dlatego, że przez samą swą formę wygląda jak legenda. Rzeczywiście trudno przyznać, że Komisja EWG dopuściła do obiegu produkty szkodliwe dla zdrowia, ale przecież historia zna podobne pomyłki władz...

Argumentem świadczącym o nieszkodliwości dodatków mógłby być fakt, że amerykańska Drug an Food Administration dopuszcza do obiegu w Stanach Zjednoczonych większość dodatków dopuszczonych w Europie, również te, ktore mają być "szkodliwe" czy rakotwórcze. Amerykańskie biuro kontroli żywności i lekarstw uchodzi za najbardziej surowe i nieprzekupne na świecie, więc chyba można mieć doń zaufanie. I to, że dwadzieścia lat reglamentacji dodatków pozwoliło z jednej strony na wyeliminowanie tych, które naprawdę mogłyby być szkodliwe, a z drugiej strony miliony ton zjedzonej w tym czasie żywności, przez miliardy osobników powinny przez ten czas wykazać szkodliwość konserwantów i kolorantów. Jak narazie niewiele słychać o zatruciach pokarmowych innych niż salmonella czy lamblia. Ale przecież ERRARE HUMANUM EST.

Adam Pietrasiewicz


Powrót do strony głównej