Historia pewnego parapsychologa

W kwietniu 1980 roku w wieku osiemdziesięciu czterech lat zmarł Joseph Banks Rhine. Zwany był, przez swych współczesnych, "ojcem naukowej parapsychologii". Mówi się o nim, że za jednym zamachem zmiótł wszystkie naleciałości, które kalały tę dziedzinę i udowodnił jej pełne prawo do występowania w nimbie naukowości.

Wokół jego postaci powstało bardzo wiele mitów, które warto wyjaśnić, bo stanie się to okazją do zobaczenia, jak bardzo chęć udowadniania może przeważyć nad chęcią poznania. Oto historia J.B.Rhina, który udowadniał zamiast poznawać.

Rhine pojawił się jak zbawca, w coraz bardziej zawikłanym i wyśmianym świecie zjawisk paranormalnych w początkach lat dwudziestych. Zbawca dlatego, że wreszcie w sposób systematyczny podszedł do badania zjawisk, które coraz bardziej spychane były (już wtedy) do roli cyrkowych ciekawostek. Rhine uwierzył, ale postanowił oprzeć swą wiarę na bazach naukowych, statystycznych. Obiektem jego badań stały się wszelkie zjawiska paranormalne, które można powtórzyć. Tak jak w "nauce klasycznej".

O ile nie wymyślił słownika badań parapsychologicznych, to napewno spowodował jego uporządkowanie i ujednolicenie. To on wykuł pojęcie parapsychologii, które zastąpiło starą i, już wówczas, skompromitowaną metafizykę. Zdefiniował tak zwane "zdolności psi" jako "zespół umiejętności pozwalających jakiejś osobie wejść w kontakt z otaczającym światem bez użycia znanych zmysłów i mięśni" co absolutnie wykluczało jakąkolwiek interwencję inteligentnych istot nie będących ludźmi, czyli wszelkie duchy i UFO.

Kiedy kontakt polega na percepcji, Rhine nazywa to extrasensory perception, ESP, skrót tak często używany w krajach anglosaskich, że wszedł do języka potocznego. ESP zawiera trzy rodzaje zjawisk: jasnowidztwo, czyli postrzeganie zjawisk czy przedmiotów od których osoba postrzegająca jest oddalona lub oddzielona ekranem, prekognicja, czyli postrzeganie zjawisk, które mają nastąpić (ale też paranormalne postrzeganie zjawisk, które nastąpiły czy właśnie następują) (Jak przystało na sprawy prawdziwie naukowe, i tu pojawiają się problemy związane ze słownictwem. Otóż powszechnie używa się pojęcia "prekognicja", ale niektórzy autorzy wolą mówić o "telegnozie" i bardziej szczegółowo o retrokognitywności, telegnozie aktualnej oraz o przewidywaniu), oraz telepatia, czyli przekazywanie myśli między dwoma osobami.

Kiedy zjawiska psi powodują powstanie oddziaływania fizycznego na materię, mowa jest o psychokinezie PK. (A tu, o dziwo, wszyscy autorzy są zgodni. Psychokineza to psychokineza i tyle. Chwała Bogu, bo gdyby jeszcze trzeba było za każdym razem tłumaczyć o co chodzi, to dopiero byłby bałagan. A tak, parafrazując Nowe Ateny ks. Benedykta Chmielowskiego powiemy, że czym psychokineza jest, każdy widzi...). Tu też istnieje podział na trzy rodzaje: wpływ myślą na przebieg poruszającego się obiektu (szczególnie kości do gry), przemieszczenie bądź deformacja przedmiotu nieruchomego oraz wpływ na organizm żywy (człowieka, zwierzęcia, rośliny).

Kartezjańska wręcz jasność takiego systemu pozwalała na zerwanie z niejasnością metafizyki. Rhine ograniczył się do badania jedynie części zjawisk (jasnowidztwo, PK na przedmiotach ruchomych) twierdząc, że inne przejawy zjawisk psi są jedynie prawdopodobne. Czyż taka ostrożność nie świadczy o naukowej uczciwości? Tak przynajmniej orzekli niektórzy naukowcy, którzy postanowili powtórzyć doświadczenia Rhina ogłoszone w 1934 roku. Niestety rezultaty tych powtórzeń były negatywne, co Rhine przyjął bardzo źle.

Nie wpłynęło to jednak na coraz częstsze pojawianie się różnych publikacji, w których J.B.Rhine pokazywany był jako godny zaufania i bardzo sympatyczny naukowiec. Wszędzie publikowano jego zdjęcia, na których za rysami dobrego, wesołego człowieka jawił się pewny siebie uczony. Hagiografowie nie zapomnieli również o przykładnym pożyciu małżeńskim z Louisą Rhine, która skądinąd też pisywała na temat parapsychologii.

Wszystko to wygląda jednak nieco inaczej, gdy nieco bardziej z bliska przyjrzeć się życiu tego człowieka (czasami nawet na podstawie jego własnych wspomnień). Krytyczne spojrzenie na jego prace pozwala na zrzucenie "aureoli" naukowości. Wpływa to też bezpośrednio na podejście, jakie należy mieć gdy się słyszy o naukowych badaniach zjawisk paranormalnych.

Rhine, gdy był młody, chciał zostać pastorem. Przez osiemnaście miesięcy studiował teologię w college'u Wooster. W momencie przystąpienia Stanów Zjednoczonych do Pierwszej Wojny Światowej, angażuje się do marines, aby bronić prawa i cywilizacji przeciwko germańskim Hunom. Gdy wrócił z wojny, jego powołanie kapłańskie osłabło, ale nie religijność. Żeni się z przyjaciółką z dzieciństwa, Louisą Ellą Weckesser. Studiują razem fizjologię roślin na Uniwersytecie w Chicago, dostają tytuły doktora nauk (Tytuł doktorski był jedynym tytułem naukowym, jaki uzyskał Rhine. Często, w różnych publikacjach, przedstawiany jest jako profesor, profesor psychologii, wielki uczony i psychiatra, co jest zwykłym nadużyciem), następnie, przez dwa lata Rhine uczy botaniki na Uniwersytecie.

W czasach, gdy brali ślub, Rhinowie brali udział, w 1920 roku, w wykładzie Sir Arthura Conan Doyla, twórcy Sherlocka Holmesa i wielkiego apostoła spirytyzmu. Było to dla nich jakby objawienie. Rhine stwierdził potem “z pewnością była w tym wszystkim część prawdy, i nawet jeśli Sir Arthur mógł się pomylić w detalach, to to, co mówił, było bardzo ważne. Sama możliwość, by była w tym część prawdy, była najwspanialszą myślą, jaka przyszła mi kiedykolwiek do głowy.”

Możliwość, o której mówi Rhine, to spirytyzm, komunikowanie się ze zmarłymi. Równolegle ze studiami Rhinowie zaczynają zgłębiać literaturę poświęconą spirytyzmowi i metafizyce. W 1926 roku, Rhine jest wówczas wykładowcą w Chicago, spotykają się z psychologiem, Williamem McDougall, który opowiedział im o doświadczeniach z mediami, i namawiał do włączenia metafizyki do nauczania uniwersyteckiego.

Te dwa spotkania przemieniły religijność Rhine'a. Niedoszły pastor zaprzestał komentowania Biblii. Postanowił gdzie indziej szukać dowodów istnienia ducha niezależnego od ciała i życia pozagrobowego. Ale, gdy decyduje się głębiej zająć się tą tematyką, uwagę jego przyciąga zjawisko, o którym trąbiła prasa wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych w 1927 roku. Chodziło o niejaką Lady Wonder, klacz która posiadała umiejętność czytania ludzkich myśli.

Cała sztuka polegała na tym, że człowiek, a Rhine sprawdził to osobiście, wybierał jakąś cyfrę, od 0 do 9, zapisywał ją w notatniku, koncentrował się i klacz czytała myśli, wskazując klocek, który nosił właśnie zapisaną cyfrę.

Jest to prosta sztuczka, znana wszystkim cyrkowcom. Pozornie banalny gest, intonacja głosu czy inny znak, pozwalją wytresowanemu zwierzęciu zareagować zgodnie z tym, czego go nauczono. Tym razem jednak to nie treser, tylko dowolnie wybrana osoba zapisywała cyfrę. Coś w tym musiało być. Rhine postanowił opublikować, w jednym z przeglądów psychologicznych, artykuł pod tytułem "Badania konia czytającego myśli", po czym wydrukował drugi, równie entuzjastyczny.

A przecież zauważył, że eksperyment udawał się tylko, gdy właścicielka konia, niejaka pani Fonda, stała w pobliżu. Nie nakazał jej jednak oddalić się, bo ktoś musiał utrzymać w spokoju nerwowe zwierzę. Przecież i tak pani Fonda nie znała wybranej cyfry, nie widziała notatnika. Nie mogło więc być mowy o oszustwie.

Dopiero po wydrukowaniu drugiego artykułu pod tytułem "Lady Wonder, koń czytający myśli", Rhine wbrew temu, co sam chciał, wyjaśnił na czym polegała sztuczka. Otóż zanotował on, że eksperyment nie odnosił powodzenia, gdy notował cyfrę stojąc za panią Fondą.

Dowiedziawszy się o tym, iluzjonista, Melbourne Christopher, udał się na pokaz umiejętności Lady Wonder nie wyjawiając oczywiście, kim jest. Pani Fonda dała mu długi ołówek i notatnik zapraszając do odsunięcia się o kilka kroków, by zapisać cyfrę. Christopher poruszył ołówkiem tak, jakby pisał 8, ale na papierze zanotował 3. Koń wskazał ósemkę. Dla iluzjonisty wyjaśnienie było proste: pani Fonda nauczyła się "czytać z ołówka", obserwując ruch jego górnego końca. Klacz wskazywała tę liczbę, którą jakimś nieznacznym gestem nakazywała jej wskazać właścicielka.

Melbourne Christopher opowiedział o tym w artykule o "zwierzętach czytających myśli". Artykuł ukazał się później w dziele Martina Gardnera, "Zdemaskowani czarodzieje". Rhinowie nie zaprzeczają temu, co opowiedział Christophe. Ale, według ich wersji, pani Fonda zaczęła oszukiwać dopiero w momencie, gdy klacz, z niejasnych przyczyn, straciła swoje umiejętności czytania myśli. Oczywiście przedtem, gdy Rhine przeprowadzał eksperymenty, klacz była telepatką...

Jest to typowe wytłumaczenie, gdy mamy do czynienia z medium czy innym posiadaczem "zdolności psi", którzy przyłapywani są na oszustwie. Słynna Eusapia Palladino, medium spirytystyczne mówiła to samo, gdy zdarzała się jej "wpadka". Jean Pierre Girard, słynny francuski "łamacz łyżeczek" też to mówił, przyznając, na ekranach telewizji, że czasami oszukuje. (Jean Pierre Girard pojawił się nagle we Francji w połowie lat osiemdziesiątych, jako "niezwykły przypadek umiejętności psychokinetycznych". Science et Vie, miesięcznik popularnonaukowy opublikował kopię strony w Spisie Iluzjonistów Frqncuskich, w której Girard przedstawiany jest jako specjalista od wyginania łyżeczek i przedmiotów metalowych. Podobno, początkowo chciał jedynie pokazać, jak łatwo iluzjonista może podać się za "psychokinetyka", lecz tak bardzo mu się spodobało, że postanowił "naprawdę" nim zostać.)

Gdy mamy do czynienia ze "zjawiskami paranormalnymi" to prosta logika nie może mieć zastosowania. Oczywiście nigdy nie uda się wykazać oszustwa w stu procentach. Ale jeśli wykaże się je w dziewięćdziesięciu dziewięciu, to zwolennicy paranormalności przedstawią pozostający jeden procent jako dowód tez, których bronią. Obracamy się tu w świecie wiary, w którym metody naukowe nie mają żadnego zastosowania.

Historia klaczy jest doskonałym przykładem na to, do czego może prowadzić chęć wiary. Naukowiec, który jest nią dotknięty cierpi na rozdwojenie jaźni między irracjonalizmem wiary i racjonalizmem nauki. Rzadko kiedy wynika z tego coś dobrego. Gdy inni naukowcy udowodnią mu błędność rozumowania, chęć wiary poprowadzi go aż do granic nieuczciwości intelektualnej.

W 1927 roku McDougall zostaje mianowany profesorem na uniwersytecie Duke w Durham. Rhine, który poszedł za nim, otrzymuje katedrę psychologii, dyscypliny, która ma niewiele wspólnego ze studiami, jakie odbył. Ale amerykańskie uniwersytety, jak widać, nie są przesądne co do wartości własnych dyplomów.

Działalność jego jednak rusza w specyficznym kierunku. Z błogosławieństwem McDougalla i z finansową pomocą uniwersytetu, Rhine zbiera niewielką grupę studentów, których kieruje ku eksperymentom nad profesjonalnymi mediami, tak, aby udowodnić naukowo istnienie życia pozagrobowego.

Początki kariery uniwersyteckiej Rhine'a są zapomniane we właściwie wszystkich opisach jego badań nad parapsychologią. A to dlatego, że od tego czasu badania nad spirytyzmem utonęły w złośliwych uśmieszkach i nikt ich nie bierze na poważnie. Rhine zatrudnia jednak kilku "wywoływaczy duchów", za pieniądze oczywiście, by wejść w kontakt ze światem pozagrobowym. Między innymi pewną Irlandkę, Eileen Garrett, która wsławiła się wchodząc w "kontakt spirytystyczny" z dowódcą sterowca R-101, kilka dni po jego katastrofie, w której zginął razem ze wszystkimi pasażerami.

Rhine miał trudności z uwierzeniem w kontakty z zaświatami, szczególnie dlatego, że nie wiedział jak można to naukowo udowodnić. Poszukiwał dowodu na, jeśli nie życie pozagrobowe, to chociaż istnienie ducha. Eileen Garrett nie rozmawiała może z zaświatami, ale przecież dostarczała informacji, które wydawały się być postrzegane w sposób nienaturalny. Potrafiła na przykład powiedzieć jaka karta została wyciągnięta z talii.

Badania poszły więc w tym kierunku. Razem z zawodowymi mediami pracować zaczęli studenci, którzy zgłosili się na ochotnika. Może było to mniej podniecające niż rozmowy z duchami, ale przynajmniej można było to kontrolować. I tak, od początku 1930 roku Rhine przestaje zajmować się spirytyzmem, aby poświęcić się początkowo telepatii i następnie postrzeganiu pozazmysłowemu.
Karty Zenera

Współpracownik Rhine'a, Zener, wynalazł system kart zawierających symbole geometryczne, koło, kwadrat, krzyż, gwiazdę i podwójną falę. Stały się one podstawą badań ESP, w zestawie 25 kart, po pięć z każdym symbolem. Karty są tasowane, przekładane i odwracane rysunkami do spodu. Następnie wyciąga się po jednej, badany (który nie może ich widzieć) odgaduje rysunek i odpowiedź jest notowana. Po przełożeniu w ten sposób wszystkich kart sprawdza się odpowiedzi.

Rezultaty można opisać w pojęciach rachunku prawdopodobieństwa. Jeśli karty zgadywane są tylko przypadkowo, średnio powinno się otrzymać wynik bliski 5 dobrym odpowiedziom na dwadzieścia pięć kart. Oczywiście wynik nie wynosi dokładnie pięć, odrobinę więcej lub odrobinę mniej. Na 100 partii należy spodziewać się około czterdziestu, które dadzą dokładnie 5 dobrych odpowiedzi. Niektóre osiągną 9, jedna czy dwie 10. Prawdopodobieństwo wyniku 13 jest równe 1/6. Wynik 14 jest jeszcze bardziej nieprawdopodobny.

Wszystko to powoduje, że średnio, jeśli będzie się odpowiadało jedynie przypadkowo, uzyska się jednostkowy wynik bliski 5. Będzie tym bliższy, im więcej będzie przeprowadzonych prób.

Według protokołów z badań Rhine'a, najlepsi uzyskiwali jednostkowe wyniki bliskie 8 do 9 w bardzo wielu próbach. Najlepsze wyniki miał niejaki Hubert E. Pearce który, tak jak i kiedyś Rhine, chciał być pastorem. Na 690 rozdań 25 kart uzyskał wynik jednostkowy 8. Dla tylu rozdań prawdopodobieństwo wyniku 5,3 wynosi jeden do miliona. Prawdopodobieństwo 8 jest tak niskie, że trzebaby użyć astronomicznych liczb, by je zapisać. Oczywiście, w tym momencie trudno mówić o przypadku. Co więc spowodowało taki rezultat? Oto jest pytanie!

Dla Rhine'a i jego ekipy chodziło oczywiście o postrzeganie pozazmysłowe, którego istnienie zostało w ten sposób udowodnione. Podkreślano, że matematyczne podejście do przetwarzanych informacji było bezbłędne według opinii statystyków. Autentyczność danych była również pewna, bo powzięte zostały wszelkie środki ostrożności podczas eksperymentów. Możliwość oszustwa została wykluczona.

Nie wszystko jednak wygląda tak pięknie. Pierwsze stwierdzenie, o postrzeganiu pozazmysłowym, jest tak samo wątpliwe jak i pewność co do odpowiedniej formy przeprowadzenia eksperymentów. Jest to próba podparcia nauką twierdzeń, które nie mają z nią nic wspólnego. To, że zastosowano statystykę, nie świadczy o niczym, trzeba poszukać źródeł przetworzonych informacji. Tak jak z horoskopami komputerowymi...

Oczywiście nie da się streścić nawet wszelkich dyskusji, które nastąpiły po publikacji wyników Rhine'a. Pojawiły się jednak informacje, które w sposób zasadniczy podważyły twierdzenia ekipy Rhine'a o niemożności oszustwa. Chociażby fakt, że karty Zenera były na tyle cienkie, że można było bez większego problemu zobaczyć rysunek nawet od odwrotnej strony. Dodatkowym argumentem, który przytoczył Rhine, było dość akrobatyczne sformuowanie wyników, przypisujące niektóre pozytywne wyniki kartom wyciągniętym poprzednio, a nawet jeszcze nie wyciągniętym.

Szczególnie to ostatnie stwierdzenie jest ciekawe, wspomina o nim polski badacz zjawisk paranormalnych, nieżyjący już prof. Manczarski. Szczegółowo omawia je w opisie swych eksperymentów z lat 1945-1973 tłumacząc to tak: "Odczyty opóźnione polegają na tym, że odbiorca odczytuje trafnie nie figurę nadawaną podczas danej próby prostej, lecz figurę, która była nadawana przy poprzedniej próbie". Nie należy w tym momencie jeszcze wybuchać śmiechem, prof. Manczarski kilka stron dalej pisze "Odczyty wyprzedzające występują na ogół bardzo rzadko. /.../ Jeżeli chodzi o zwykłych ludzi (tak, tak, według prof. Manczarskiego telepatą może być każdy. Przyp.Red.) zaledwie kilka razy i to w warunkach specjalnych. Odbiorca odczytuje wtedy trafnie nie figurę nadawaną podczas danej próby prostej, lecz figurę, która ma być nadana przy następnej próbie." Teraz można się śmiać. (Prof. Stefan Manczarski, który był jak najbardziej prawdziwym profesorem fizyki, opracował nawet urządzenie mające być wzmacniaczem telepatycznym. Jego schemat znajduje się w książce wydanej przed kilkunastu laty przez ISKRY pt "Tajemnice parapsychologii". Urządzenie nazywa się "impulsator" działa na prąd zmienny 200 V i jest zestawem kilku oporników i kondensatorów)

Ale wróćmy do Rhine'a.

Otóż okazuje się, że również protokoły z eksperymentów przeprowadzanych w jego laboratorium nie są zupełnie jasne i wykazują nieścisłości. Okazuje się, że Pearce bez większego problemu mógł obserwować wyciągane karty, i bądźmy spokojni, robił to.

Nie ma na to dowodu. Każdy może wierzyć w co chce, jesteśmy wolnymi ludźmi. Ale nie należy zapominać, że o ile Rhine przedstawił swe obliczenia statystyczne matematykom, do sprawdzenia, to ani razu nie zaprosił do wzięcia udziału w eksperymentach dobrego iluzjonisty. A niestety, bez obecności takiej osoby, wszelkie wyniki eksperymentów warte są tyle, co opisy cyrkowych sztuczek.

Pod koniec kariery Rhine dostał w policzek od swego najbliższego współpracownika. W przenośni oczywiście. Otóż jego asystent, Walter Levy, został przyłapany na gorącym uczynku oszukiwania w manipulacjach aparaturą rejestrującą i musiał podać się do dymisji. Rhine, zdumiony i zgorszony postępowaniem Levy'ego wypowiedział wiekopomne słowa, które same w sobie świadczą o tym, jakie miał podejście do tego co robił. Otóż, gdy dowiedział się o oszustwach swego asystenta, zapytał: "Nie rozumiem, czemu po tylu pozytywnych wynikach, Levy chciał oszukać?". Warto zastanowić się nad głebią tego pytania. A właściwie nad tym, że o ile wiara może przenosić góry, to jak bardzo chęć wiary może oślepić.

Oczywiście, przeczytawszy historię Rhine'a można zadać sobie pytanie, które skądinąd wielu sobie zadaje: "Skoro w historiach o parapsychologii i innych zdolnościach psi nie ma ani słowa prawdy, to czemu naukowcy z prawdziwego zdarzenia zabierają się za to?"

Na pytanie to nie jest wbrew pozorom trudno odpowiedzieć. Po pierwsze chodzi o naprawdę tylko mniejszość, zupełnie nieliczącą się mniejszość, naukowców. Ich zainteresowanie wynika z reklamy, którą wszystkim historiom parapsychologicznym nadają środki masowego przekazu.

Nie należy też zapominać, że naukowiec, nawet profesor, pozostaje człowiekiem, z całym bagażem wychowania, nauki, przekonań, uprzedzeń. Tytuł naukowy nie powoduje nieomylności. I nie zapominajmy, że cały czas obracamy się w domenie wiary, a jest to wielka siła napędowa ludzkiego umysłu.

Jeszcze inne pytanie: "Skoro wszystko to nie jest prawdą, to czemu raz na zawsze nie udowodnić tego naukowo?".

Tu dotykamy ważkiego problemu z pogranicza filozofii nauki i filozofii w ogóle. Otóż podstawową zasadą nauk ścisłych jest udowadnianie istnienia zjawisk, a nie udowadnianie ich nieistnienia. Ponadto trudno jest badać zjawiska, co do których nawet nie ma teorii pozwalających na ustalenie źródeł i przejawów.

Skoro już mówimy o filozofii, to warto pomedytować nad następującą kwestią:

Nauka ma za zadanie przedstawianie spójnych teorii opisujących otaczający nas świat. Teorie te, po to by móc być nazwane naukowymi, muszą nieść w sobie jakby ziarno własnej zagłady. To znaczy w przypadku każdej teorii naukowej musi istnieć możliwość takiego eksperymentu, który jej zaprzeczy. Za przykład niech posłuży teoria powszechnej grawitacji Newtona. Wystarczy, by ktoś udowodnił, że jabłko nie spada z gałęzi na ziemię, tylko odlatuje pod chmury, by móc stwierdzić, że teoria powszechnej grawitacji nie jest słuszna.

Jaki eksperyment, mógłby zaprzeczyć istnieniu telepatii, psychokinezy, świata pozagrobowego, wpływu planet i gwiazd na nasz los?

Adam Pietrasiewicz


Powrót do strony głównej