Duchy i media

- Duchu, jesteś tu? Jeśli jesteś, zastukaj raz, jeśli cię nie ma, to dwa razy...
Jest to zabawne podsumowanie wartości wszelkich seansów spirytystycznych, które jako moda pojawiły się w połowie dziewiętnastego wieku, by na początku dwudziestego osiągnąć największą popularność. W połowie XIX w. dwie amerykańskie siostry "sprowadziły" duchy do świata żywych.

A wszystko zaczęło się od dowcipu, który ośmioletnia Margaret Fox i jej młodsza siostra Katie postanowiły zrobić swojej matce. Była to łatwowierna i niezwykle strachliwa kobieta, i gdy dziewczynki w nocy zabawiały się w stukanie w podłogę i w ściany, zaczęła opowiadać sąsiadom i znajomym o niezwykłych odgłosach w jej domu. Nawet przez myśl jej nie przeszło, że to jej córki mogły być przyczyną niezwykłego stukania. A dziewczynki bawiły się w najlepsze i nie wiedziały, że ktokolwiek może podejrzewać jakieś duchy. Były jeszcze zbyt małe, by wiedzieć cokolwiek o świecie pozagrobowym.

Pojawianie się w domu coraz to nowych osób zainteresowanych dziwnymi dźwiękami dopingowało dzieci, które znajdywały coraz to nowe sposoby zaskoczenia publiczności. Nikt nigdy ich nie podejrzewał. Oczywiście ciągła obecność w domu gości uniemożliwiała hałasowanie przy pomocy prostego stukania w podłogę, ale dziewczynki znalazły lepszą metodę. Zauważyły, że podobne odgłosy można wydawać, po odpowiednim treningu, przy pomocy palców u nóg. Nikt ich nie podejrzewał, były przecież takie małe....

Bardzo szybko został wykryty związek obecności dziewczynek z jawieniem się dziwnych odgłosów. Matka była przekonana, że duchy posiadły ich dusze. Wszystko to spotęgowało jeszcze ochotę dowcipkowania, i dzieci kontynuowały. A sąsiedzi zastanawiali się nad źródłem "niezwykłych" zjawisk skłaniając się ku wersji morderstwa, które musiało być kiedyś dokonane w tym domu. W czasie coraz częstszych seansów "rozmów z duchami" doszło do tego, że okazało się, że jeden z poprzednich mieszkańców domu, niejaki Bell, był mordercą. Dziewczynki odpowiadały stukami na zadawane pytania, jedno stukniecie na tak, dwa na nie. Odpowiadały na zasadzie przypadkowej, nie miały jakichkolwiek wrogich zamiarów wobec kogokolwiek. Bawiły się.

Następnie starsza o piętnaście lat siostra zabrała je od matki i wyjechała w tourné po Stanach Zjednoczonych. Wszędzie, gdzie pojawiały się, czekały tłumy fanatycznych spirytystów. Zarabiały od 100 do 180 dolarów dziennie, a były to wówczas zawrotne sumy.

Dziewczyki, które stały się z czasem pannami, jeździły po kraju uczestnicząc w organizowanych seansach wywoływania duchów. System był zawsze ten sam - zadawano pytania, a "duch" odpowiadał stukaniem.

Tak naprawdę stukały dziewczynki. Przez miesiące i lata treningu nauczyły się, odpowiednio manipulując mięśniami nóg, wydawać nimi dźwięki w sposób niezauważalny dla obserwatora. Odpowiadały na pytania tak, aby sens odpowiedzi był wystarczająco niejasny, by dać możliwość dowolnej interpretacji. Tak było najlepiej, ludzie rozumieli to, co chcieli rozumieć i byli zadowoleni.

Cały czas wszystko organizowane było przez starszą siostrę. Gdy jednak Margaret Fox dorosła, postanowiła zerwać z tymi zabawami. Nigdy nie wierzyła w jakiekolwiek duchy, zaczęła nawet uważać, że to, co robi, jest bluźnierstwem.

Ale zło dokonało się. W świecie pojawił się ruch spirytystyczny, jak grzyby po deszczu zaczeły się jawić różne media twierdzące, że są w kontakcie ze światem zmarłych.

21 października 1888 w gazecie New York World ukazał się artykuł opisujący początki ruchu spirytystycznego. Był historią "fundatorki" ruchu, samej Margaret Fox. Ona też ten artykuł podpisała. Opowiedziała w nim swą historię i nawoływała do zaprzestania absurdalnych praktyk. Oczywiście bez skutku, jeśli ludzie chcą w coś wierzyć, to jakiekolwiek dowody nieracjonalności ich wiary nie są w stanie nikogo przekonać.

Tak jak Margaret Fox, tak i mnie pozostaje więc przekonywanie przekonanych, co na pierwszy rzut oka może wydawać się absurdem, ale, wydaje się, niekoniecznie nim być musi.

Przekonywanie przekonanych samo w sobie może nie ma żadnego sensu, ale sens ma przedstawienie argumentów i dróg myślenia, które będą mogli wykorzystać w dyskusjach z adeptami "sztuk tajemnych", magii, spirytyzmu i bieonergoterapii. A to już dużo.

Ale wróćmy do naszych duchów.

Czy można założyć, że duchów nie ma? Otóż nie wolno nigdy zapominać, że fakt, że na istnienie jekiegoś zjawiska nie ma żadnego dowodu nie jest wystarczający, by stwierdzić jego nieistnie. Celem tej części rozważań nie jest też próba przeprowadzenia dowodu nieistnienia duchów. Nie można takiego dowodu przeprowadzić i nie miałoby to sensu. Celem jest pokazanie, że rozmowy i spotkania z zaświatami są bądź przejawem zjawisk niewystarczająco zrozumiałych przez przeciętnego zjadacza chleba, bądź są zwykłym oszustwem . Oszustwem, które często ma na celu korzyści materialne wszelkiej maści mediów .

Sposobów wywoływania duchów jest wiele, bardzo wiele. Częstą jest obecność medium, które ma moc przywoływania umarłych. Duchy wywołuje się dla zabawy, po to by się czegoś dowiedzieć od zmarłego (najczęściej gdzie ukrył skarb), lub z przyczyn czysto sentymentalnych. Częstymi są przypadki matek czy żon chcących usłyszeć swych zmarłych mężów czy synów.

Duchy można wywoływać również bezosobowo, odnosząc się do mocy tajemnych, które są w stanie przepowiedzieć przyszłość przekazując informacje za pomocą kręcącego się talerza czy innych urządzeń. W niektórych przypadkach obecność medium może być zastąpiona odpowiednio spreparowanym, magicznym rekwizytem. Jedną z podstawowych zasad jest jednak konieczność wiary w prawdziwość tego, co się przeżywa w trakcie seansu. Jak zobaczymy w dalszej części rozważań, warunek ten jest stawiany również w innych sferach działalności magicznej. Obecność w czasie seansu osoby, która deklaruje się jako sceptyk z reguły wyklucza powodzenie przedsięwzięcia.

Początkowo duchy przemawiały za pomocą stukania. Ale szybko, bo już od początku lat dziewięćdziesiątych dziewiętnastego wieku zaczęły pokazywać się zdumionym i często przerażonym oczom uczestników seansów w formie tak zwanej ektoplazmy, to jest materii pozagrobowej. I znów na początku była to jasna, bezkształtna materia, która z biegiem czasu zmieniła się w jawiące się postacie "z krwi i kości", jeśli można się tak wyrazić o duchach, w kostiumach z epoki, w której żyły.

Dla każdego jest oczywistym, że seans spirytystyczny musi być przeprowadzany w ciemności. Duchy nie lubią światła. Tak naprawdę ciemność jest jedynie potrzebna medium, by dokonywać przeróżnych sztuczek zręcznościowych i akrobatycznych w sposób niezauważalny dla uczestników. Skądinąd wynalazek fotografii w podczerwieni, pozwalającej na utrwalenie na kliszy zjawisk zachodzących w ciemnościach doprowadziło do, niestety powtórnej, śmierci duchów, które tak masowo pojawiały się w salonach spirytystycznych końca dziewiętnastego i początku dwudziestego wieku.

Początkowo zwolennicy spirytyzmu bronili się twierdząc, że wyraźnie widoczne w rękach medium sznurki i pręty, które poruszają ektoplazmą (ektoplazmem?) są częścią spirytystycznej materii wychodzącej z ciała. Czemu nie, jak się w coś bardzo chce wierzyć, to nie ma argumentu, który mógłby przekonać. Z resztą po co? W końcu zrezygnowali i coraz mniej słychać o salonach spirytystycznych, do których przychodzą zmarli, by komunikować ze światem żywych.

A przecież nie tak dawno jeszcze było inaczej.

Druga połowa XIX wieku i pierwsza dwudziestego, to okres, w którym media dokonujące niezwykłych dokonań jawią się jak grzyby po deszczu. Wielką sensację budziła na przykład Helena Smith, szwajcarskie medium, przez którą przemawiała Maria Antonina czy Wiktor Hugo (który za życia był skądinąd wielkim zwolennikiem spirytyzmu). Helena Smith potrfaiła przemawiać głosami różnych postaci, między innymi opowiadała o życiu na Marsie. Tak jest, 80 milionów kilometrów nie stanowi żadnej bariery dla duchów i na początku dwudziestego wieku, dzięki pannie Smith świat dowiedział się, że na Marsie rośnie bujna tropikalna roślinność .

Inną natchnioną damą, była Florence Cook, która twierdziła, że jest wcieleniem niejakiej Katie King żyjącej sto czy dwieście lat przedtem. Dokonywała dość prymitywnych sztuczek iluzjonistycznych pozwalających jej pokazywać się pod różnymi postaciami w sposób niezwykły. Sztuczki nie przekraczały techniką poziomu prymitywnego music hallu, ale wrażenie robiła wielkie. Mogła zaskoczyć publikę, bo ludzie nie przychodzili by sprawdzić jej umiejętności i zbadać zjawisko. Przychodzili, by zobaczyć to, co chcieli zobaczyć i potwierdzić wiarę w to, w co chcieli wierzyć.

Oczywiście zawsze istnieli sceptycy, którzy nie chcieli wierzyć we wszystkie bzdury, które im opowiadano. Starali się badać wszelkie zjawiska, z którymi się stykali i wielokrotnie udowadniali oszustwo. Powodowało to skierowanie spirytyzmu na tory pseudonaukowe, co miało udokumentować prawdziwość omawianych zjawisk.

Jednym z pierwszych, którzy postanowili "naukowo" udowodnić istnienie świata pozagrobowego był Wiktor Hugo. Organizował w swym domu spotkania, w których uczestniczył jedynie jako sekretarz notujący wszystkie wydarzenia podczas seansu. Niektóre protokoły przetrwały do dziś.

17 grudnia 1854 przywoływano w domu Hugo ducha Galileusza. Seans trwał od godziny 21.45 do pierwszej nad ranem. Odbywał się na starych zasadach "stukających" duchów przeliterowywujących wypowiedzi w prosty sposób - litera A oznacza 1 stuknięcie, litera Z 26 stuknięć. Tekst wypowiedzi zmarłego uczonego zawiera około 4000 liter. Założywszy, że średnio na jedną literę wypada 10 stuknięć prosty rachunek wykazuje, że przez cały seans duch stukał średnio trzy razy na sekundę, a Hugo cały czas pisał. Oczywiście uczestnicy takich seansów nie byli w stanie na bieżąco śledzić wypowiedzi duchów, musieli oprzeć się na tym, co notował sekretarz. A sekretarz, jak widać mógł, pisać co chciał i właśnie tak robił, bo trudno sobie wyobrazić inne wytłumaczenie.

Długo możnaby mnożyć dowody oszustw w seansach spirytystycznych. Oczywiście w żadnym przypadku nie będzie to świadczyło o nieistnieniu świata pozagrobowego. O jego ewentualnym istnieniu każdy będzie się mógł przekonać w odpowiednim momencie. A dla niedowiarków, dla tych wszystkich, którzy wychodzą z założenia, że cokolwiek by nie mówić, to jednak coś w tym wszystkim musi być proponuję mały eksperyment.

Duchy można wywoływać przy pomocy talerza, który kręcąc się po stole wskazuje litery, które tworzą słowa i zdania. Reguły są proste. Wystarczy siąść w kilka osób wokół okrągłego stolika, napisać litery, namalować na talerzu strzałkę, położyć na jego brzegu ręce, najlepiej blisko rąk innych uczestników, i czekać. Talerz zacznie tańczyć. Zacznie wskazywać różne litery, które połączą się w słowa i zdania. Duch zacznie mówić. Zacznie odpowiadać na zadawane pytania, zacznie sam z siebie wyjawiać "wielkie tajemnice". Aby jednak zabawa była ciekawsza, należy wszystkim uczestnikom dokładnie zawiązać oczy. Tak, żeby nie widzieli, co duch mówi. I pozostawić jedną, zaufaną osobę, która wszystko zanotuje. Wyniki eksperymentu będą bardzo interesujące - efektem będzie bełkot. Okazuje się, że gdy uczestnicy seansu spirytystycznego mają zasłonięte oczy, duchy tracą umiejętność sensownego wysławiania.

Mamy tu do czynienia ze zjawiskiem, które psycholodzy opisali wielokrotnie. Osoby, zebrane podczas seansu spirytystycznego należą z reguły do tej samej warstwy społecznej. Nie, teoria walki klas nie ma z tym nic wspólnego! Chodzi o to, że ludzie zasiadający do stolika mają podobne wykształcenie, często podobne zainteresowania i nieodmiennie wierzą lub chciałyby wierzyć w życie pozagrobowe.

Leżące na talerzyku ręce poruszają nim. Uczestnicy w sposób niedostrzegalny, poruszają talerzykiem, nawet jeśli są przekonani, że ani im palce nie drgnęły.

Regułą jest, że początkowo "duch" się jąka. Jąka się, to znaczy pierwsze pokazywane przez talerzyk litery nie tworzą żadnych sensownych słów. Ale wystarczy, żeby pojawiło się pierwsze słowo, chociaż jego początek, to dalszy ciąg idzie już sam. W tym momencie im bardziej grupa spirytystów jest jednolita kulturowo, tym bardziej informacje przekazywane przez duchy są spójne. Najlepiej, gdy przy stoliku siedzą członkowie jednej rodziny i wywołują ducha zmarłego krewnego. Chyba nie trzeba tłumaczyć, dlaczego...

Relacje z seansów spirytystycznych koniecznie chcą udowodnić światu, że to wszystko jest prawdą. Że duchy rzeczywiście przybywają do salonów, że media rzeczywiście mówią głosami zmarłych lub istot z innej planety, jak pani Helena Smith. Któż nie słyszał historii o jakimś duchu, który w czasie seansu wyjawił miejsce ukrycia skarbu czy jakiegoś cennego dokumentu. Któż nie słyszał o policjantach odwołujących się do usług mediów i spirytystów. Bardzo jest to piękne. Tak piękne, że niektórzy piszą scenariusze filmów w oparciu o podobne historie. Ale niestety pozostaje to w sferze baśni i na zawsze pozostanie.

A relacje, które "bez żadnych wątpliwości" opisują "udokumentowane" przypadki tańczących stolików, poruszających się bez powodu przedmiotów i tym podobnych?

Odpowiedź jest prosta. Stwierdzenie "bez żadnych wątpliwości" oraz "udokumentowane", czy "bez powodu" opierają się na fakcie, że czasami w seansach brali udział autentyczni naukowcy, naukowcy którzy w swoich dziedzinach byli czasami uznanymi autorytetami. Tyle, że w wielu przypadkach właśnie ci naukowcy sami wierzyli w obecność duchów w czasie seansów, wierzyli w autentyczność daru mediumicznego, co z pewnością zdecydowanie wpłynęło na jakość ich świadectwa. Ponadto gdzie jest powiedziane, że obecność znanego astronoma czy fizyka, który mówi, że nie rozumie zjawisk, które obserwuje jest wystarczającym dowodem na fakt zaistnienia mocy nadprzyrodzonych.

Fizyk, astronom czy chemik, nawet jeśli jest laureatem nagrody Nobla, tak jak każdy z nas chodzi czasami do kabaretu, teatru czy cyrku. Chodzi i patrzy na sztuczki iluzjonistyczne, których jak każdy z nas wyjaśnić nie potrafi. Bo nie jest iluzjonistą i nie wie w jaki sposób można wyjąć żywego królika z kapelusza i spowodować zniknięcie słonia ze środka areny. Nie zmienia to faktu, że żaden z iluzjonistów nie twierdzi, że przywołuje na pomoc siły nadprzyrodzone i inne duchy, pokazuje jedynie efekty wieloletniego treningu i nauki. I fizyk, chemik czy astronom jest tak samo zaskoczony jak każde z obecnych w cyrku dzieci.

W kontekście salonu spirytystycznego te same sztuczki zaczynają nabierać innych wymiarów i w rezultacie pojawiają się "protokoły" i relacje, pod którymi pojawiają się podpisy znanych i uznanych autorytetów. Podpisują, bo rzeczywiście obserwowali zjawiska, których nie rozumieli, podpisują, bo przyszli do takiego salonu wierząc lub chcąc wierzyć w istnienie świata pozagrobowego. Bo fizycy, chemicy czy astronomowie, tak jak każdy, boją się śmierci i niczym nie różnią się od przeciętnego zjadacza chleba w domenach, które nie mają nic wspólnego z ich zawodem.

Oszustwa w czasie seansów spirytystycznych zostały wykazane wielokrotnie. Ale, jak to bywa w przypadku zabiegów erystycznych , jak się chce, to można udowodnić co się chce. Udowodnione oszustwa, jak się okazuje nie świadczą o niczym. Słynny polski badacz spirytyzmu i innych zjawisk nadprzyrodzonych stwierdził kiedyś, że "oszustwo jest nieodłączne od mediumizmu niższego (sic! a co to jest mediumizm wyższy?) i medium musi czasami oszukiwać, gdy jest niedysponowane". Komentarz zbędny.

Dziś w duchy już prawie nikt nie wierzy. Oczywiście od czasu do czasu pojawiają się informacje o domach, w których straszy i białych damach na wieżach ruin zamków. Ale stało się to folklorem i gdy już jakieś zjawiska pojawiają się, to tak jak w przypadku sióstr Fox, jest to najczęściej dziecięcy żart.

Adam Pietrasiewicz

A może ty spotkałeś ducha?


Powrót do strony głównej