W obronie przesądów

Ś+P ojciec Innocenty Maria Bocheński, dla nazwania różnych niezgodnych ze zdrowym rozsądkiem, a powszechnych poglądów używał słowa "zabobon". W książeczce "Sto zabobonów" znalazły się-co zrozumiałe-hasła takie, jak "astrologia" czy "bełkot", a obok nich, zgoła czcigodne, jak "demokracja" czy "intelektualista". Jednym z haseł jest również - dość paradoksalnie - "zabobon".

Poważnym zabobonem związanym z zabobonami (a więc mylnym twierdzeniem na temat mylnych twierdzeń) jest potraktowanie jako zabobonu czegoś, co zabobonem nie jest. Ot choćby słynne zdanie, że "religia jest opium dla ludu" czy "byt społeczny wyznacza świadomość społeczną" (to ostatnie zresztą jest w myśl definicji o. Bocheńskiego, ściśle rzecz biorąc, raczej zdaniem bez sensu, czyli bełkotem, niż zabobonem). Nieźle pasują tu również rozmaite przypadki ciasnoty intelektualnej uznającej za jedynie prawdziwe poglądy zaczerpnięte odtrzeciorzędnych popularyzatorów.

Wydawać by się mogło, że uniknięcie popadnięcia w ów zabobonny zabobon jest stosunkowo łatwe, przynajmniej jeżeli idzie o zabobony oczywiste w rodzaju zdań bezsensownych czy - jeszcze lepiej – na przykład technik magicznych. Tak jednak nie jest i można wskazać liczne przypadki w których działanie z pozoru irracjonalne posiada głęboki sens ukryty w postaci mnemotechnicznej reguły.

Poniżej zajmiemy się wyłącznie specyficzną grupą (potencjalnych) zabobonów, jakimi są przesądy. Dla porządku zdefiniujmy przesąd jako irracjonalną regułę dotyczącą podjęcia bądź zaniechania pewnych zachowań w celu osiągnięcia (bądź uniknięcia) pewnych efektów. Klasycznym przykładem przesądu będzie zatem unikanie podejmowania decyzji w piątek, trzynastego czy plucie przez lewe ramię kiedy drogę przebiegnie czarny kot. Są to zachowania oczywiście irracjonalne iniemamy kłopoty z zakwalifikowaniem ich jako przesądów właśnie.

Do tej samej grupy skłonni bylibyśmy zakwalifikować również pewne zachowania w rodzaju niewitania się przez próg czy nieprzechodzenia pod drabiną. Natomiast intuicyjnie już zwyczaj podawania ręki uznajemy za rozsądny, więcej, gotowi jesteśmy się obrazić kiedy ktoś nam ręki nie poda. Spróbujemy poniżej zwerbalizować kryteria podziału zwyczajów na "rozsądne" i "przesądne".

Kolejny niepopularny pisarz (i filozof z wykształcenia) - Janusz Korwin Mikke w swojej książce "Vademecum Ojca" przytoczył kwalifikację zasad, którymi kierujemy się w życiu na zasady techniczne, etyczne i tetyczne. Zasady techniczne są w sposób oczywisty racjonalne. Na przykład kiedy wbijamy gwóźdź w deskę najpierw przytępiamy go na końcu, dzięki czemu deska nie pęka.

Zasad etycznych też nie możemy skądinąd nazwać irracjonalnymi - wynikają one z przyjętego przez daną osobę systemu wartości, zakazów i nakazów, są więc w jej pojęciu racjonalne. W obu tych przypadkach wiedza podmiotu działającego może być fałszywa (na przykład fizyk z początków XX wieku mógł twierdzić, że jedyną poprawną teorią budowy atomu jest model planetarny, a fizyk XIX wieczny, że atom jest niepodzielny) ale to już zupełnie inna historia. Ważne jest, że działający podmiot swoje działanie wyprowadza drogą logicznego rozumowania z przyjętych założeń. Dodajmy, że nie nazwiemy racjonalnym postępowania wynikającego z założeń absurdalnych, w szczególności sprzecznych z istniejącym stanem wiedzy. Zatem dodatkowy warunek na racjonalność działania jest taki, że powinno ono wynikać w sposób logiczny z przesłanek przynajmniej prawdopodobnych. Na przykład racjonalne jest zabranie z domu parasola, kiedy się chmurzy, natomiast zamykanie się w schronie, żeby uniknąć trafienia meteorytem uznamy już za dziwactwo, bowiem prawdopodobieństwo znalezienia się na trasie meteorytu, mimo, że takowe spadają na Ziemię, jest znikomo małe.

Zasady tetyczne są o wiele trudniejsze do wytłumaczenia. Na przykład w Anglii dama kroczy po lewej ręce gentelmana, a w Polsce po prawej. Niewiele wyjaśnia tłumaczenie, że dzieje się tak "przez szacunek", bo w czym lewa strona jest gorsza od prawej (czy tez na odwrót). Jakby tego było mało w innych krajach miejsce kobiety jest z przodu, ewentualnie z tyłu. Oczywiście pewna norma musi istnieć, bowiem w przeciwnym wypadku stracilibyśmy mnóstwo czasu i nerwów na wyjaśnianie wszystkich towarzyskich nieporozumień, nie mówiąc już o tym, że w nie tak dawnych czasach za obrazę w rodzaju niewłaściwego wzniesienia toastu można było polec w pojedynku.

Zasad tetycznych również nie możemy nazwać mianem przesądu, tak jak nie jest przesądem fakt wprowadzenia ruchu prawo- a nie lewostronnego. Po prostu jakąś stronę trzeba było wybrać, jak mówią matematycy "dla ustalenia uwagi".

Określenie czy dana zasad jest etyczna, techniczna czy tetyczna może być czasem trudne. Równie trudne może być określenie, czy dana zasada nie jest przypadkiem przesądem, jak w przypadku zabobonnych technik plucia przez lewe ramię. Spróbujmy zatem przyjrzeć się kilku potencjalnym przesądom i określić, czysą one nimi w rzeczywistości.

Wspomniany zwyczaj podawania ręki (i to prawej ręki) pochodzi z czasów starożytnych, w których demonstrowano pustą prawicę (dla odróżnienia od takowej, w której ściskano sztylet żeby w dogodnym momencie poderżnąć gardło interlokutorowi). Podobnie zbójeckie korzenie ma zwyczaj nie witania się przez próg - za progiem, w ciemnościach nocy mogła czaić się banda opryszków. Znacznie rozsądniej było niezapowiedzianego gościa obejrzeć najpierw w świetle (i w otoczeniu zbrojnej służby). W dzisiejszych czasach, kiedy opryszek często przychodzi w biały dzień i drzwi po prostu wyważa, znaczenie zwyczaju jest najczęściej zapominane. Nie jest to jednak powód żeby nazywać go przesądem. Witając się ze znajomym też (zazwyczaj) nie musimy deklarować mu, że nie ściskamy w garści sztyletu...

Idźmy dalej - nieprzechodzenie pod drabiną wynika oczywiście ze względów bezpieczeństwa i to podwójnie - po pierwsze mógł przechodzącemu ktoś (lub coś) spaść na głowę, po wtóre drabiny łamane mają po środku zazwyczaj kawałek sznura lub łańcucha zapobiegającemu rozjechaniu się nóg takiej konstrukcji. W warunkach niedostatecznego oświetlenia (a żarówki to wynalazek stosunkowo nowy) sznur taki może zadziałać na przechodzącego jak gilotyna. Wspomniany zwyczaj jest więc zwyczajem typowo technicznym. Równie dobrze można oburzać się na wydawany dziecku zakaz zabawy zapałkami.

Korzystając z okazji - istnieje spora grupa zasad postępowania, które są racjonalne same w sobie, ale dodaje się do nich zgoła irracjonalne wyjaśnienie. Można przytoczyć anegdotyczne opowieści w których lekarz każe na przykład codziennie w samo południe jeść rosół z czarnej kury, zamiast tłumaczyć pacjentowi, że jest on po prostu niedożywiony. Mamy w takim przypadku do czynienia z zabobonnym tłumaczeniem właściwego postępowania. Odrzucenie na tej podstawie samego postępowania przypomina wylewanie dziecka razem z kąpielą, a tak niestety często postępują różnej maści "zwolennicy postępu". Zawsze wygodniej jest potępić w czambuł niż oddzielić ziarno od plew.

Wróćmy do przesądów. Niewątpliwie przesądny charakter mają wszelkie popularne techniki magiczne w rodzaju wspomnianego plucia przez lewe ramię. Jest to przesąd oczywisty, bowiem osoba praktykująca takie zachowania sama najczęściej nie wierzy w ich skuteczność, ani nie jest w stanie podać nawet prawdopodobnego mechanizmu ich działania, oprócz chyba przysłowia "Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek".

Choć techniki magiczne mogą na pierwszy rzut oka kojarzyć się z religią, która w sposób oczywisty nie jest nieracjonalna, w rzeczywistości magia i religia są wręcz swoimi przeciwieństwami. Tym bardziej zdumienie musi budzić widok osoby deklarującej się jako chrześcijanin a jednocześnie ulegającej magicznym przesądom.

Niektóre jednak zachowania mające swoje "magiczne" wytłumaczenia są-znowu-same w sobie racjonalne. Dla przykładu marynarz nie gwiżdże na pokładzie, albowiem "gwizdanie sprowadza na morze wiatr", a żaden marynarz nie marzy o sztormie. W rzeczywistości w nie tak odległych czasach specjalnym gwizdkiem dla wydawania komend posługiwał się bosman i chodziło o to, żeby gwizdania prywatnego nie pomylić ze służbowym. Więcej na temat zasad etykiety jachtowej można sobie poczytać choćby w książce Stefana Wysockiego "Żeglarz jachtowy". Etykieta jachtowa zawiera cały szereg rozsądnych zasad podanych w anegdotyczno-magicznej formie.

Każde zresztą środowisko ma własne reguły niezrozumiałe dla laika ipodawane czasami wformie zgoła magicznego nakazu. Dlaczego etykieta sieciowa (czy jak wolą niektórzy "netykieta") zabrania umieszczania pod listem signa dłuższego niż 4 wiersze? Dlaczego statki nie wypływają z portu w piątki? Dlaczego Japończycy używają dwóch różnych określeń na liczbę cztery "jon" zamiast "shi"? Zapewne część tych zwyczajów ma podłoże racjonalne, a część - być może magiczne. Byłby to zapewne ciekawy temat do szerszych badań z dziedziny socjologii kultury. Póki co - lepiej przy podejmowaniu takich osądów być ostrożny, czego PT Autorowi i Czytelnikom tych stron życzę.

Maciej Szmit


Kilka słów polemiki od jednego z czytelników.

Pan Szmit napisał:

"Tym bardziej zdumienie musi budzić widok osoby deklarującej się jako chrześcijanin a jednocześnie ulegającej magicznym przesądom."

Zdumienie budzi tu niekonsekwencja tej osoby- religia chrześcijańska nie pozwala bowiem na uprawianie innej magii. Moje zaś zdumienie budzi pewność p.Szmita, że religia nie jest irracjonalna. Jeśli bowiem "w sposób oczywisty" jest racjonalna, to musi spełniać powyższy warunek dodatkowy. Religia chrześcijańska jest racjonalna jeśli istnieje bóg. Czy zatem stwierdzenie pana Szmita można odczytać jako: "Istnienie boga wynika w sposób logiczny z przesłanek przynajmniej prawdopodobnych" ? Chyba nie, bo z takim stwierdzeniem nie zgodziliby się zapewne nawet teolodzy katoliccy. Prosiłbym zatem Autora definicji (ir)racjonalności o pokazanie jak należy ją w tym wypadku stosować. Zalóżmy jednak, że nie zgodzimy się ze stwierdzeniem, że z racjonalności religii ma wynikać istnienie Boga. Wtedy jej racjonalność, w odróżnieniu od plucia przez lewe ramię, musiałaby polegać na widocznych, z reguły zgodnych z oczekiwaniami osoby wierzącej i niepsychologicznych efektach np. modlitwy albo chodzenia do kościoła. Zgodnych z oczekiwaniami, bo przypadkowe, uboczne efekty nas nie interesują. Niepsychologicznych, bo osoba, która splunie może poczuć sie lepiej, podobnie jak osoba, która odmówi różaniec.

Czy p.Szmit mógłby wskazać takie efekty ?

Z poważaniem,

Rafał Oszwaldowski


Polemiki ciąg dalszy

Zabobon na zabobonie siedzi

Dawno, dawno temu napisalem byłem tekst "w obronie zabobonów". Na myśl mi wtedy nie przyszło, że doczekam się polemiki i to polemiki ze zgoła zabobonnego stanowiska właśnie.

Tak to już jest - człowiek chce dobrze, a dostaje po głowie. Spróbujmy więc pryncypialnie ustosunkować się do zarzutów P. Rafała Oszwaldowskiego, tym razem ze stanowiska skrajnie antyzabobonnego.

P. Oszwaldowski oskarża mnie oczywiście o... zabobon. O zabobon mieszania magii z religią. Otóż spieszę wyjaśnić (za S+P o. prof. Innocentym Bocheńskim OP, autorem m.in. uroczej książeczki "Sto zabobonów"), że religia jest dokładnym przeciwieństwem magii. Autentyczna religia opiera się na zaufaniu do numenu, podczas gdy magia chciałaby Bogu rozkazywać. Proszę sobie poczytać modlitwę Jezusa w Ogrójcu. Oczywiście istnieje grupa ludzi, którzy mają skłonność do traktowania pewnych obrzędów religijnych jako zabobonnych technik (przykład ze wspomnanego Autora: gromnice palą oni w czasie burzy aby zapobiec uderzeniu pioruna, traktują je więc jako pewną technikę, rodzaj piorunochronu), ale jest to oczywiste wypaczenie, zreszta chyba stosunkowo mało dziś popularne. Pozwolę sobie na małą uwagę: religie najlepiej poznawać nie z opisow osób jej niechętnych, ale ze źródeł autorytatywnych (np z Katechizmu). A w nim jako żywo nie znajdzie P. Oszwaldowski instrukcji obsługi piorunochronów. To tyle odnośnie do kwestii, która wydaje się być wynikiem po prostu grubego nieporozumienia.

Co do poruszonej kwestii drugiej, to Boga da się poznać, jako Przyczynę ze skutków i jest to dogmat wiary katolickiej ogłoszony uroczyście (dokladnie w Przysiędze Antymodernistycznej). Nie czas tu i nie miejsce na dokładne objaśnianie, co to jest dogmat, kto i jak go ogłasza, pokrótce tylko tyle, że kto się z powyższym zdaniem nie godzi nie może się nazywać "katolikiem" (a cóż dopiero "katolickim teologiem"). "Katolik" bowiem to (materialnie) osoba wyznająca wszystkie bez żadnego wyjątku dogmaty wiary. Znowu więc Autor ma nietrafna intuicję, z która polemika wydaje się niecelowa. Tekst owej "Przysięgi" mogą zainteresowani znaleźć np w "Breviarium Fidei" autorstwa oo. Biedy i Głowy TJ dostępnej cały czas w księgarniach. Zupełnie na marginesie: z moich słów można wysnuć co najwyżej wniosek, ze to z istnienia Boga może wynikać racjonalność religii (aczkolwiek jest to warunek niewystarczający), a nie odwrotnie, jak zechciał napisać mój Adwersarz. W dalszym ciagu P. Oszwaldowski miesza pojęcie racjonalności twierdzenia (o istnieniu Boga) i racjonalności oczekiwań (o skuteczności jakichś działań), na dodatek te ostatnie odnosząc znów do praktyk quasi-magicznych. Racjonalnym nazwiemy twierdzenie mające przynajmniej istotne pozory prawdopodobieństwa. Dla niewierzącego (tj. osoby, ktora przeczy jakiejkolwiek Bożej ingerencji w historię) racjonalne jest twierdzenie, ze istnieje jakiś Bog (zwany przez filozofow "Absolutem"), bedący co najmniej Pierwsza Przyczyna wszystkiego i Siłą porzadkującą prawa natury (mogą tu wystąpić spory co do charakteru owego Absolutu: czy jest on siłami przyrody jak chcą deiści, czy jest osobowy, jak chcą teiści, czy jest jeden, jak chcą monoteiści czy jest wielu bogów, jak chcą politeiści etc., ale to nie jest materia naszych rozważań). Za tym zdaniem (o istnieniu Boga) przemawiają tak silne przesłanki (choćby potwornie nikłe prawdopodobieństwo samoistnego powstania tak złożonych bytów jak człowiek), że to raczej odrzucenie go byłoby aktem nieracjonalnym. Znikąd natomiast nie wynika, aby z faktu wiary w istnienie Boga (a nawet z uznania za prawdziowość Objawienia zawartego w Piśmie Świetym i Tradycji Apostolskiej) wynikała w jakiś sposób skuteczność praktyk magicznych, które - w ujęciu katolickim - Boga wręcz obrążaja (vide bulla Domiciti Generis Custodiae). Modlitwa błagalna (bo to o nią zapewne Autorowi chodziło) ma się do praktyk magicznych, gorzej niz pokorna prośba, do przystawiania człowiekowi do głowy pistoletu.

Gorzej: bo w modlitwie nie zwracamy sie do człowieka, tylko do Boga właśnie, a na dodatek modlitwa błagalna nie jest przedstawiana Bogu na podobieństwo książki skarg i wniosków, ale czym zgoła innym. Takie płytkie rozumienie modlitwy błagalnej powoduje słuszne uwagi krytyczne, w rodzaju tych, że prosimy o coś wszechmogącego i wszechwiedzącego Boga, jakby On sam nie znał naszych potrzeb, albo jakbyśmy chcieli zmianić Jego zamiary. W istocie jest dokładnie inaczej, albowiem... ale miała być to krótka polemika, a nie wykład teologiczny (którego zresztą nie mógłbym poprowadzić, bo się na teologii nie znam). Polecam zainteresowanym wspaniałą książkę "Pełnia modlitwy" autorstwa S+P o. Jacka Woronieckiego OP, najwybitniejszego chyba przedwojennego polskiego tomisty. Jej obszerne fragmenty są dostepne na szczęście w sieci pod adresem http://www.dominikanie.pl/pelnia/spis.html

Rekapitulując: 1. Fakt istnienia Boga da się poznac, jako Przyczyne ze skutków i to właśnie wyznają katolicy

2. Magia jest wręcz przeciwieństwem religii, w szczególności modlitwa błagalna jest czymś zupełnie inym od praktyk magicznych, więc pisanie "religia chrześcijańska nie pozwala bowiem na uprawianie innej magii" jest błędne (o ile ma w ogóle sens), a dla wierzących ma obraźliwy (ufam, że w sposób niezamierzony) wydźwięk.

3. Racjonalność twierdzeń jest czym innym niz racjonalność oczekiwań, w szczególności jeżeli oczekiwania nie bardzo z tych twierdzeń wynikają.

To tyle krótkiej (?) odpowiedzi na zarzuty Pana Rafała Oszwaldowskiego.

Maciej Szmit


Powrót do strony głównej